Powodzianie wracają do zalanych domów

    Powodzianie wracają do zalanych domów

    Izabela A. Kolasińska Andrzej Kurzyński, Robert Domżał

    Głos Wielkopolski

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    Zniszczone drogi, zalane studnie, żółknące na polach zboża, wszechobecny smród zgnilizny i hordy komarów - to krajobraz po powodzi w gminie Golina. Jeszcze do niedawna większość nadwarciańskich terenów gminy wyglądała jak wielkie jezioro z maleńkimi wysepkami położonych na górkach zabudowań pilnowanych przez nielicznych desperatów, którzy nie zgodzili się na ewakuację.
    Myją się w deszczówce

    Dziś większość mieszkańców powróciła już do swoich domostw i zaczyna organizować sobie życie na nowo. Głównie na własną rękę, bo pomoc finansowa z gminy dopiero rusza.

    - Wypłaciliśmy już ponad dwudziestu osobom zaliczki po tysiąc złotych, ale komisja cały czas pracuje w terenie i na podstawie jej ustaleń będziemy wypłacali poszkodowanym resztę kwot - mówi Andrzej Budny, wiceburmistrz Goliny.


    W dawnej restauracji "Smakosz" w Golinie wydawana jest również woda pitna, żywność i środki czystości. Trzeba tylko po nie przyjechać. Gmina oferuje powodzianom również bezpłatną pomoc psychologa, który będzie dyżurował 22 czerwca w godz. 9-11 w MOPS.

    Na razie największym problemem dla mieszkańców jest brak czystej wody. Tylko nieliczni gospodarze mają studnie artezyjskie. Do wielu gospodarstw woda dowożona jest beczkowozami. Ale ludzie najczęściej sami organizują sobie dostawy wody. W nieciekawej sytuacji są trzy rodziny mieszkające w budynku socjalnym w Węglewskich Holendrach. Woda w studni jest brudna, a beczkowóz kilka dni temu zniknął.

    - Od piątku chodzimy po sąsiadach z baniakami i łapiemy do misek deszczówkę, żeby się umyć i zrobić jakieś pranie - skarży się Danuta Wiśniewska. - Gmina zostawiła nas na pastwę losu!
    - Wystarczy jeden telefon do naszego zakładu komunalnego i beczkowóz przyjedzie - odpowiada wiceburmistrz Budny.

    W najgorszej sytuacji są ci, do których domów wdarła się woda. Na podwórku Agnieszki Pułrol, sołtys wsi Kolno, piętrzy się sterta zniszczonych mebli, wypaczonych drzwi, zatęchłych ubrań. - Nadaje się to tylko do pieca - macha ręką kobieta.

    W domu - remont. Woda stała tam na 40 cm. Pułrolowie dostali z gminy wodę pitną, żywność, koce i kołdry. Teraz czekają na zasiłki i odszkodowania. Potrzebują pieniędzy na remonty i kupno nowych mebli. Była już u nich komisja z gminy i starostwa, był rzeczoznawca z PZU. Ale nie wszędzie urzędnicy mogą dotrzeć, bo niektóre drogi nadal są nieprzejezdne.

    Najwięcej szkód jest jednak w uprawach. Rolnicy najbardziej martwią się, czym wykarmią zwierzęta. W obejściu Józefa Bartczaka z Kolna przy korycie z sianem na podwórku tłoczy się ponad 20 jałówek. - Jak woda podeszła, wywiozłem je do brata do Kawnic, a one wczoraj przerwały drut na pastwisku i same wróciły do domu. Cztery kilometry! - zdumiewa się gospodarz.

    Tomasz Szymczak z Węglewskich Holendrów przywiózł wczoraj do gospodarstwa ostatnie ewakuowane podczas powodzi cielaki.

    - Na razie pasza jest. Co ludzie mogli, to dali, trochę kupiłem, ale co dalej? - martwi się gospodarz i dodaje: - Najważniejsze, żeby drogę nam zrobili i żeby woda w studniach była dobra.


    Więcej w dzisiejszym wydaniu Polski Głosu Wielkopolskiego

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Gorący temat

    Wideo