Tysiące kilometrów i setki minut w poszukiwaniu prawdy o...

    Tysiące kilometrów i setki minut w poszukiwaniu prawdy o dziadku

    Karolina Koziolek

    Głos Wielkopolski

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    Tysiące kilometrów i setki minut w poszukiwaniu prawdy o dziadku

    Tysiące kilometrów i setki minut w poszukiwaniu prawdy o dziadku ©Łukasz Gdak

    Elżbieta Rybarska mówi, że dotarcie do prawdy o dziadku zajęło jej setki wydzwonionych minut i tysiące przejechanych kilometrów. Teraz założyła stowarzyszenie, by łączyć ludzi z podobną historią rodzinną.
    Tysiące kilometrów i setki minut w poszukiwaniu prawdy o dziadku

    Tysiące kilometrów i setki minut w poszukiwaniu prawdy o dziadku ©Łukasz Gdak

    Elżbieta Rybarska opowiada, jak przejechała tysiące kilometrów, napisała dziesiątki pism i wniosków, wydzwoniła setki minut, by dotrzeć do prawdy o swoim dziadku. Teraz pomaga innym pokonać tę samą drogę.

    Podczas wojny tysiące Wielkopolan zostało wywiezionych do niemieckich obozów koncentracyjnych. Powody mogły być różne: działania w konspiracji, niedostarczanie kontyngentów żywności, nieodpowiednie wykonywanie pracy na rzecz Niemców. Wielkopolanie trafiali do Fortu VII przy obecnej alei Polskiej. Stamtąd dalej, do obozów w Dachau, Mauthausen, Gusen, Buchenwaldu, potem także do Auschwitz.

    - Fort VII był obozem przejściowym. Więźniowie byli przewożeni do kolejnych obozów, ale rodzin już nikt o tym nie informował. Niektórym więźniom pozwalano napisać list lub kartkę z obozu, gdzie zostali osadzeni, tak rodziny dowiadywały się, gdzie przebywają - mówi Leszek Wróbel, historyk i kustosz Muzeum Martyrologii Wielkopolan w Forcie VII.

    Rodzina Elżbiety Rybarskiej też dostała taki list. Jej dziadek Roman Durek pisze do żony z Mauthausen, że ma nadzieję niedługo się zobaczyć z nią i dziećmi. Ubolewa, że nikt nie odpisał na jego poprzednią korespondencję. Pisze, gdzie jest, i zapewnia, że ma się dobrze, jest zdrowy i nic mu nie dolega. Prawdopodobnie to nie była prawda. Dzień po napisaniu listu już nie żył. Zginął w zamku śmierci w Hartheim w Austrii w ramach akcji T4, polegającej na fizycznej „eliminacji życia niewartego życia” (niem. „Vernichtung von lebensunwertem Leben”). W ramach akcji uśmiercano chorych na choroby psychiczne, kaleki, inwalidów, a później także więźniów niezdolnych do dalszej pracy.

    - Dziadek pracował w elektrowni poznańskiej. W wyniku wypadku w pracy miał niedowład lewej ręki. Mimo to pracował dalej w elektrowni, potem przez dwa lata także w Dachau. Przez 72 lata żyliśmy w niewiedzy, sądząc, że tam zmarł - opowiada Elżbieta Rybarska.

    1 kwietnia 1946 r. urząd stanu cywilnego w Poznaniu wydał dokument potwierdzający zgon Romana Durka. Powód: katar kiszek. Miejsce: Dachau.

    - Dokument znalazłam, robiąc porządki w rodzinnych papierach kilka lat temu. To pociągnęło za sobą lawinę zdarzeń - opowiada poznanianka. - Zabrałam mamę do Dachau. Szukałyśmy śladów jej ojca w tamtejszej izbie pamięci. Nie znalazłyśmy.

    To tylko fragment artykułu. Zobacz całość w serwisie Plus:

    Tysiące kilometrów i setki minut w poszukiwaniu prawdy o dziadku



    W dalszej części tekstu znajdziesz m.in:
    • historię dziadka pani Elżbiety...
    • i innych osób, po których ślad urwał się w Dachau
    • spór o "niemiecko-autriacką barbarię"




    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo