Zofia i Jan Przybylscy z Szymbarku są diamentową parą - mają 60 lat stażu małżeńskiego. Odebrali szczególne gratulacje podczas jubileuszu par małżeńskich z miasta i gminy Gorlice.

Diamentowa para - Zofia i Jan Przybylscy, dzisiaj 85-latkowie o recepcie na dobre małżeństwo mówią tak: bez zdrady i pijaństwa, reszta sama się ułoży. Zasadę stosowali w praktyce. W minionym tygodniu odebrali gratulacje za zgodne pożycie.

Pani Zofia jest jak iskierka. Wszędzie jej pełno. Mąż na jej krzątaninę patrzy ze spokojem. Przez te ponad sześćdziesiąt lat, zdążył się już przyzwyczaić. Poza tym, żona, emerytowana nauczycielka organizację ma we krwi. Obojętnie czy chodzi o rodzinny, niedzielny obiad czy wyjazd koła seniorów na wycieczkę. Ona się nie nudzi. Nawet nie ma na to czasu.

Poznali się na początku lat pięćdziesiątych. Pani Zofia przyjechała do pracy, do Szymbarku z Rzeszowszczyzny. Tu, gdzie dzisiaj jest specjalny ośrodek, była niegdyś szkoła. Trochę inna, niż wszystkie, bo przyjeżdżały do niej zdolne dzieci z najbiedniejszych rodzin. Przez kilka tygodni odpoczywały i się uczyły. - A mąż, jako rodowity szym-barczanin, przychodził z kolegami pograć w siatkówkę na naszym boisku - opowiada.

Mieli po niewiele ponad dwadzieścia lat. Początki były jak u wszystkich: jakieś potańcówki, wspólne spacery, zabawy wiejskie. - A jak już się lepiej zaznajomiliśmy, to czasem nawet przytulanie - śmieje się serdecznie.

Pod jakichś dwóch latach pan Jan uznał: to ta jedyna. I oświadczył się. Został przyjęty. Suknia dla panny młodej przypłynęła zza oceanu, od matki chrzestnej. Nie chodziło o światowy szyk, a po prozę: jeszcze wszyscy pamiętali wojnę, wszędzie bieda. - Suknie ślubne nie były czymś na co dzień spotykanym w sklepach - dodaje pani Zofia.

Zaczęli budowę domu. Nauczycielska pensja, na owe czasy, zbyt suta nie była. - Dostawałam 360 złotych, a buty w sklepie u Miklaszewskiego kosztowały 420 - wspomina. - Dobrze, że w szkole była stołówka, gdzie nauczyciele mogli wykupić za niewielkie pieniądze obiady. Jakoś dało się żyć. Pan Jan pracował wówczas w lokalnym oddziale zakładów cukrowniczych z Przeworska. Gorliccy rolnicy prowadzili plantację buraków, którą on miał pilnować. Młoda żona wybranka widywała w przelotach - ona do pracy w szkole, on do jakiegoś chłopa daleko od miasta. Nie zawsze opłacało mu się wracać do domu, więc przesypiał noc w jakieś stodole. - Basta - powiedziałam któregoś dnia. - Ustaliliśmy z mężem, że zrobi studium nauczycielskie w Raciborzu, co pozwoli mu zatrudnić się w szkole - dodaje.

Te ponad 60 wspólnie spędzonych lat to opowieść na książkę o trudzie, czasem łzach, codziennych kłopotach, walce o to, by dzieciom było lepiej niż im, ale znalazłby się tam też rozdział z drobnymi anegdotami. Choćby o tym, jak pani Zofia próbowała skłonić męża do rzucenia palenia, na co on postawił warunek: ja rzucę papierosy, jeśli ty nie zetniesz warkocza. - Rzeczywiście wtedy nosiłam długie włosy zaplecione najczęściej w warkocz - opowiada pani Zofia. - Wydawało mi się, że nauczycielskiej powagi doda mi krótka fryzura, której z kolei nie bardzo umiał sobie wyobrazić mąż - wspomina.

Do historii przejdzie też opowieść o tym, jak wylosowali syrenkę 104, tzw. kurołapkę.

- Na początku lat 70. popularne były książeczki, na których gromadziło się pieniądze na zakup samochodu - opowiada pan Jan. - Odbywały się losowania samochodów . Taki właśnie trafił się nam - dodaje.

Po samochód do Rzeszowa pojechali oboje. Benzyny w nim było tyle, że przejechali mniej niż połowę trasy. Paliwa użyczył im ktoś zupełnie przypadkowy, po drodze. - Mąż dojechał do Szymbarku spocony z emocji, ja skostniała z zimna - dodaje pani Zofia. Wspomina jeszcze: w lodowatych dłoniach cały czas trzymałam... instrukcję obsługi owej syrenki, żeby podpowiadać mężowi, jak prowadzić ów cud techniki. Potem, auto służyło doskonale jako transportowiec - choćby paszy dla królików, ale też sprawowało się na rodzinnych wypadach.

Po ponad sześćdziesięciu latach małżeństwa, pan Jan o żonie: nawet jak się zezłości, to nie jest pamiętliwa i szybko jej przechodzi. Z kolei żona najbardziej kocha go za to, że jest taką domową złotą rączką - wszystko potrafi zrobić. Dzisiaj cieszą się z trójki dzieci, czwórki wnuków i tyluż prawnuków.

WIDEO: Mówimy po krakosku - odcinek 12. Zróbże, idźże, weźże

Autor: Gazeta Krakowska, Dziennik Polski, Nasze Miasto
>>> Zobacz inne odcinki MÓWIMY PO KRAKOSKU