W wyniku komplikacji po cesarskim cięciu, Danuta Bartoszewicz-Szarek ma poważne kłopoty ze zdrowiem. Z synkiem było wszystko w porządku, ona sama musiała przejść dodatkowe zabiegi, które ją okaleczyły.

Danuta Bartoszewicz-Szarek pięć lat temu urodziła synka. Jednak ślad po samym porodzie został do dziś. Przez powikłania po cesarskim cięciu musiała mieć wyciętą macicę. O komplikacje oskarża lekarzy ze Szpitala Położniczo-Ginekologicznego Ujastek w Krakowie. Sprawa jest na wokandzie od wielu miesięcy.

Za późne cesarskie cięcie?

- Ciążę prowadził ordynator oddziału położniczego, doktor Leszek Juszczyk - wspomina pani Danuta.

- To także od niego dostałam skierowanie na cesarskie cięcie. Mam chory kręgosłup (dyskopatię), a mój pierwszy poród też odbył się poprzez cesarkę, więc to miało być dla mnie najbezpieczniejszym rozwiązaniem - podkreśla.

Cesarskie cięcie wyznaczono na poniedziałek, 12 marca. Akcja porodowa jednak rozpoczęła się wcześniej.

- Wszystko w szpitalu trwało tak długo, że syn zaczął się już rodzić siłami natury - wyjaśnia pani Danuta. - Lekarze dosłownie wcisnęli dziecko z powrotem i rozcięto mi brzuch. Nie zgodziłam się na poród naturalny i nie zostałam poinformowana o możliwych konsekwencjach tak późnego cięcia - denerwuje się.

Choć synek urodził się cały i zdrowy, pani Danuta musiała zostać w szpitalu jeszcze przez dwa tygodnie. Już tam było wiadomo, że ma uszkodzony pęcherz.

- Przez kilka dni lekarze walczyli o przywrócenie procesów fizjologicznych. Od nowa uczyłam się chodzić. Ze szpitala wyszłam z cewnikiem w ręku - mówi. - Cztery dni później w nocy zaczął się straszny ból brzucha i gorączka. Pogotowie zawiozło mnie do Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie - dodaje.

Tam zdiagnozowano u niej sepsę i poważny stan zapalny macicy.

- Spędziłam na urologii kolejne tygodnie, walcząc o życie. Udało się pokonać sepsę. Potem przeszłam usunięcie macicy oraz rekonstrukcję pęcherza moczowego - mówi pani Danuta. - Moje życie dzieli się na życie przed i po. Każdego dnia odczuwam skutki tego porodu zarówno psychologiczne, jak i fizyczne - dodaje.

Rzecznik interweniuje

Sprawa Danuty Bartoszewicz-Szarek trafiła do sądu. Reprezentuje ją kancelaria mecenas Jolanty Budzowskiej specjalizująca się w procesach związanych z medycyną. Domagają się 900 tys. zł zadośćuczynienia. - Chcieliśmy tę sprawę załatwić ugodowo. Nie mieliśmy nawet w planie angażowania Ujastka - mówi mecenas Budzowska. W efekcie stronami w sprawie były początkowo pani Danuta i zakład ubezpieczeń, który ubezpiecza szpital. Ten wezwał jednak do udziału w sprawie także Ujastek. - W postępowaniu przedsądowym zakład ubezpieczeń uzyskał opinię swojego eksperta, który powiedział, że zgoda pacjentki na cesarskie cięcie była wyrażona w innych warunkach, przed porodem, kiedy nie było jeszcze takiego ryzyka, jak na sali operacyjnej. Ale szpital widzi tę sprawę inaczej, więc ubezpieczyciel w procesie trzyma jego stronę - dodaje mecenas Budzowska. - Ujastek twierdzi, że było idealnie. Choć w trakcie postępowania lekarze przyznali, że sami zdawali sobie sprawę z faktu, iż cięcie na tym etapie, kiedy dziecko było już w kanale rodnym, niesie ze sobą zwiększone ryzyko - podkreśla.

Sąd powołał także biegłych.

- Urolog nie wydał jednoznacznej opinii, ale wyliczył szereg powikłań, które wystąpiły w wyniku tego cesarskiego cięcia - tłumaczy prawniczka. Ginekolog uznał z kolei, że lekarze nie popełnili żadnego błędu.

Do sprawy włączył się także Rzecznik Praw Pacjenta. „W ocenie Rzecznika (...) szpital naruszał prawa ciężarnej pacjentki m.in. do informacji oraz do wyrażenia zgody na udzielenie świadczeń zdrowotnych. (…) Mając na uwadze całokształt prowadzonej sprawy, obawy Rzecznika budzi bezstronność powołanego biegłego. Dlatego (...) Rzecznik wniósł do sądu o wyłączenie biegłego sądowego z zakresu ginekologii i położnictwa” - czytamy w oświadczeniu przesłanym do naszej redakcji.

Jednocześnie Rzecznik wnioskuje o powołanie nowego biegłego, spoza województwa małopolskiego. Jeszcze nie wiadomo, czy sąd się na to zgodzi.

Szpital odpowiada

- Personel szpitala dochował wszelkich starań, żeby pacjentkę i jej dziecko uratować. Natomiast ze względu na obowiązującą nas tajemnicę lekarską nie możemy rozmawiać o szczegółach przeprowadzonych procedur medycznych - mówi Barbara Peterko-Budniok z dyrekcji Ujastka. - Trzeba jednak zdecydowanie podkreślić, że mimo skomplikowanej sytuacji medycznej dziecko urodziło się zdrowe, a sama pacjentka dziękowała ordynatorowi za uratowanie życia. Pomimo tego pacjentka wystąpiła z powództwem sądowym - dodaje.

Władze szpitala powołują się także na opinie wydane przez biegłych sądowych. Ich zdaniem są dowodem na to, że nie doszło do błędu w postępowaniu medycznym.

- Zespół zrobił wszystko, co było możliwe, by z jednej strony przestrzegać praw pacjentki do wyrażenia własnej woli co do sposobu rozwiązania ciąży, a z drugiej zachować bezpieczeństwo medyczne dla mamy i dziecka. I to się udało. Zapewniliśmy również pacjentce zaraz po porodzie wszystkie potrzebne konsultacje specjalistyczne - podkreśla Barbara Peterko-Budniok.

Sprawa wciąż pozostaje nierozwiązana. Kolejna rozprawa odbędzie się w najbliższy poniedziałek.