Słynęły z nieprawdopodobnej, szalonej odwagi, nierzadko płacąc za nią najwyższą cenę. W szeregach Armii Krajowej mimo zrozumiałych oporów dorosłych walczyły także dzieci. Niekoniecznie z bronią w ręku

Kto z nas nie zna dziś popularnej piosenki skomponowanej przez Andrzeja Panufnika do słów Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego:

Warszawskie dzieci pójdziemy w bój, za każdy kamień Twój, Stolico damy krew.

Ta popularna piosenka powstańcza lotem błyskawicy (i to niemal dosłownie, bo nagrano ją dla radiostacji Błyskawica 1 sierpnia 1944 r.) obiegła Warszawę i odzwierciedlała ówczesną rzeczywistość.

Warszawskie, i nie tylko, dzieci poszły w bój. Brały udział w Powstaniu Warszawskim, walczyły u boku partyzantów - żołnierzy wyklętych. Roznosiły pocztę, opiekowały się rannymi, z butelkami z benzyną nacierały na czołgi, budowały barykady, gasiły pożary. Ich służba była niezwykle ofiarna, ale też ze wszech miar niebezpieczna. Zwłaszcza w Powstaniu Warszawskim dzieciom groziła śmierć w każdej chwili - niemieccy żołnierze i pozostający na ich służbie zbrodniarze innych narodowości nie wahali się ich zabijać, nie tylko podczas bombardowań, ale też w masowych egzekucjach, a także podczas polowań snajperów. Na to wszystko nakładały się przerażające wręcz warunki bytowe - brak jedzenia, lekarstw, wody. Młodzi powstańcy szli do walki z najeźdźcą przekonani, że powstanie skończy się po kilku dniach.

Chłopcy, zaangażowani na przykład w Harcerskiej Poczcie Polowej, szkoleni w łączności Zawiszacy byli najmłodsi - mieli od 12 do 15 lat. Ale zdarzali się jeszcze młodsi. Nierzadko zawyżali swój wiek, bo nie wszyscy dowódcy przyjmowali nieletnich kandydatów na żołnierzy. Ale oni wręcz euforycznie rwali się do walki, za odzyskanie niepodległości gotowi byli poświęcić życie.

Największą, ale też, dodać trzeba, dobrze zorganizowaną grupą dzieci żołnierzy w Armii Krajowej byli harcerze z Szarych Szeregów. Wyszkoleni do służby pomocniczej w Bojowych Szkołach czy - w końcu najstarsi, ale wciąż nastolatki - w Grupach Szturmowych, z których tworzono oddziały bojowe Kedywu (Kierownictwo Dywersji). Oni na czas powstania otrzymali swoje przydziały. Ale Zawiszacy znaleźli się na terenach działań powstańczych już następnego dnia - 2 sierpnia 1944 r. zorganizowano Harcerską Pocztę Polową, a najmłodszych zatrudniono do roznoszenia listów - nawet do kilkunastu tysięcy dziennie. Obowiązywała podstawowa zasada - nie dostali do ręki broni. Zresztą tej było jak na lekarstwo, stąd też dzieciaki formowały się w grupy „butelkarzy”, atakując Niemców butelkami z benzyną.

Ale zdarzyło się i tak, że jeden z młodocianych powstańców zgłosił się do batalionu „Gozdawa” z własną bronią. Jego rodzice zginęli w czasie bombardowania już pierwszego dnia powstania. Był to 11-letni Witold Modelski, pseudonim Warszawiak, który szybko awansował na kaprala, uczestnicząc najpierw w walkach na Starym Mieście. We wrześniu znalazł się już w batalionie „Parasol”, który walczył na Czerniakowie. 23 września 1944 r. Warszawiak pośmiertnie został odznaczony Krzyżem Walecznych. Poległ 20 września na Wybrzeżu Czerniakowskim. To on jest patronem Sali Małego Powstańca w Muzeum Powstania Warszawskiego.

Kolejnym niezrównanie dzielnym żołnierzem powstania był 14-letni Jerzy Bartnik „Magik”. On również został jednym z najmłodszych podoficerów Państwa Podziemnego. Był też najmłodszym żołnierzem odznaczonym najwyższym polskim odznaczeniem wojskowym - nadawanym za wybitne zasługi bojowe - Orderem Virtuti Militari.

Jerzy stracił ojca już na początku wojny, kiedy mieszkał jeszcze z rodzicami w Gdyni. Niemcy po zajęciu miasta aresztowali ojca i go rozstrzelali. Matka przeniosła się z nim i siostrą (w czasie powstania była łączniczką „Parasola”) pod Warszawę, do Zielonki. Młody Jurek od dzieciństwa poznał gorycz niewoli. W willi, gdzie mieszkali w Zielonce, produkowano części do granatów. Wszystkich jej mieszkańców aresztowano. Chłopak z siostrą i matką trafili na Szucha. Dzięki babce dzieci wypuszczono, ale ich matkę wraz z jej siostrą wysłano do obozu koncentracyjnego Auschwitz. Babka zabrała dzieci do wsi Kleszczyny w Świętokrzyskie. Po takich doświadczeniach chłopak chciał walczyć. Od 1943 r. służył już w oddziałach AK dowodzonych przez „Ponurego” jako najmłodszy żołnierz świętokrzyskich zgrupowań, brał udział w bitwie na Barwinku. W styczniu 1944 r. znalazł się w Warszawie, prawdopodobnie z rozkazu „Ponurego”. Stał się kurierem AK, wyjeżdżał za granicę, w końcu zarówno on, jak i jego siostra trafili do batalionu „Parasol”. Ona została łączniczką, on - żołnierzem. Walczył o Pałacyk Michla przy ul. Wolskiej 40, bronił cmentarzy kalwińskiego i ewangelickiego, brał udział w walkach na Starym Mieście, a po przejściu kanałami - w Śródmieściu. Generał Tadeusz Bór-Komorowski odznaczył go krzyżem Virtuti Militari V klasy. Po upadku powstania, jak wielu innych kolegów, dostał się do niewoli.

Wśród powstańców kręcił się też ośmioletni „Kędziorek”, który jako łącznik został najmłodszym żołnierzem Powstania Warszawskiego, na równi z ośmioletnią Różyczką Goździewską, sanitariuszką ze szpitala przy ul. Moniuszki 11.

Swoją metrykę mocno musiał naciągać Jerzy R. Grzelak, pseudonim „Pilot”, który miał cztery lata, kiedy wybuchła wojna, a dziewięć - kiedy poszedł do powstania. Kilka lat temu w rozmowie z Agnieszką Zagner dla „Polityki” wspominał swoje wojenne dzieciństwo.

Mieszkałem w dostatnim domu, w kamienicy przy ul. Belgijskiej 3. Mieszkali tam wtedy lekarze, adwokaci, przedsiębiorcy. Mieliśmy gosposię, mną zajmowała się niania. Tata przed wojną był jednym z udziałowców firmy wydawniczej »Trzaska, Evert, Michalski«, która wydawała m.in. encyklopedie i książki historyczne. Mama pracowała z tatą, jeździli często do Lipska, gdzie drukowano te książki. Interes szedł świetnie, bo przecież wtedy nie było telewizji i ludzie więcej czytali, rodzice mieli sporo pieniędzy, które z chwilą wybuchu wojny okazały się nic niewarte, bo Niemcy zastąpili je nowymi banknotami. Byłem jedynakiem, przed wojną pamiętam, że bawiłem się z nimi w odgrywanie sztuczek, które widzieliśmy w cyrku. Z chwilą wybuchu wojny to wszystko się skończyło. Rodzice stracili pracę, mieli trochę oszczędności, ale to na długo nie wystarczyło. W czasie wojny i ja trochę próbowałem zarabiać, bo przecież często nie mieliśmy co jeść. Na rogu Belgijskiej i Puławskiej staliśmy jako dzieci z małą stolnicą przewiązaną do szyi i sprzedawaliśmy skręcone z byle czego papierosy

- opowiadał.

Miał też już za sobą całkiem konkretne doświadczenia. Jego ojciec, żołnierz 26. Pułku Ułanów, piłsudczyk, w czasie wojny działał w konspiracji. Jerzy jeszcze przed powstaniem dostawał zadania: miał zapisywać wejścia i wyjścia pewnego Ukraińca, który przychodził w zaloty do sąsiadki. Był to konfident, który znalazł się w strukturach podziemia i szpiegował dla Niemców. W kinie Olimp puszczał gaz, zgodnie z hasłem, że „Tylko świnie siedzą w kinie”, zbierał puszki po Sidolu - środku do czyszczenia klamek, z którego starsi robili bomby, zrzucał flagi ze swastyką. „1 sierpnia ojciec założył marynarkę w angielskim stylu, czapkę i rano wyszedł z domu. Mama płakała, bo przyznał się jej, że to dziś. Jakieś kanapki mu zrobiła. Przed wyjściem uspokajał ją, powiedział: »Niusieńka - bo mama miała na imię Anna - to potrwa kilka godzin, najwyżej trzy dni«. Okazało się potem, że zginął w Śródmieściu, niedaleko alei Róż, trzeciego dnia powstania” - opowiadał Agnieszce Zagner. On ten swój pierwszy dzień powstania spędził na strychu w budynku przy ul. Belgijskiej. „Kolega w pewnej chwili zobaczył samolot, usłyszeliśmy strzały. Wtedy wiedzieliśmy, że się zaczęło. Wyszliśmy na ulicę, mnie postawili przy Konduktorskiej.

Miałem kierować naszych na Belgijską 5, gdzie mieliśmy sztab w jakimś mieszkaniu. Miałem opaskę, przepustkę, żeby móc przechodzić przez nasze posterunki, zadania. Zlecano mi głównie przenoszenie listów, paczek, lekarstw, czasami amunicji. Nie strzelałem, bo koledzy mi nie pozwalali

- mówił. Za to napatrzył się na przerażające sceny - śmierć kolegów mordowanych przez Niemców. W powstaniu brał udział do samego końca. Podtrzymywał na duchu ludzi ukrytych w piwnicach, opowiadał o rozstrzeliwaniu ludzi, którzy wychodzili z kanałów, do których Niemcy puszczali gaz, o kolegach, którzy próbowali przedostać się nad Wisłę, na Czerniaków, skąd trafili do obozu w Skierniewicach. I tu ciekawostka: Jerzy R. Grzelak pamiętał, że wśród nich był też ojciec braci Lecha i Jarosława Kaczyńskich, który w czasie powstania został ranny, a jako sanitariuszka opatrywała go ciotka późniejszego prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Jednak mały bohater nie opuścił Warszawy po upadku powstania. Wraz z matką ukrywał się w piwnicy. To on odpowiadał wtedy za zaprowiantowanie i wodę. Jak wielu innych warszawiaków został Robinsonem.

A 11-letni Wojciech Zaleski (albo Zalewski)? Służył w grupie szturmowej sierżanta „Grzesia”, posługiwał się pseudonimem Orzeł Biały i został zwiadowcą, rozpoznając działania wroga. Zwinny, sprytny, odważny, potrafił znaleźć wyjście w sytuacjach bez wyjścia - jednego dnia wyprowadził grupę „Grzesia” z okrążenia. Poległ w 21. dniu powstania.

O najmłodszych żołnierzach tamtych czasów książkę napisał Andrzej Czarski, który również jako kilkunastoletni chłopiec brał udział w postaniu, a potem trafił do obozu jenieckiego. Książka „Najmłodsi żołnierze walczącej Warszawy” oparta jest na relacjach, które autor skrupulatnie zbierał od 1956 r. Setki nazwisk, pseudonimów poległych mówią o ogromnym poświęceniu tych dzieci, tak tragicznie doświadczonych przez wojnę. Z publikacji Muzeum Powstania Warszawskiego wiemy, że część dowódców oddziałów ulegało presji ochotników, przyjmowali od nich przysięgę żołnierza AK i włączali do powstańczych szeregów. Po upadku powstania do niewoli dostało się ponad tysiąc chłopców w wieku od 11 do 18 lat. W zadrutowanych wagonach kolejowych, pod silną niemiecką eskortą, stłoczeni po kilkadziesiąt osób rozwożeni byli po obozach jenieckich. Największa grupa dotarła do obozu w Lamsdorf - około 600 chłopców, a wśród kobiet - 14-17 letnie sanitariuszki i łączniczki. W tragicznych warunkach, niedożywieni, brudni, wśród szerzących się na potęgę chorób zakaźnych, część z nich umierała.

Ale to właśnie tam, w stalagu Lamsdorf, Niemcy przeprowadzili szczególny apel, podczas którego chciano wyselekcjonować młodocianych żołnierzy, pod pretekstem, że zapewni się im lepsze warunki. Niemcy chcieli też nakręcić film propagandowy, aby wykorzystać go do propagowania idei Volkssturmu (ludowego pospolitego ruszenia) wśród młodocianych Niemców. Kiedy jednak ujrzeli, że przed szeregi zaczęły występować dzieci w wieku od 11 do 17 lat, i to w liczbie 550, wpadli we wściekłość, bo zrozumieli, że ich film w efekcie rozsławia bohaterstwo i męstwo najmłodszych żołnierzy Powstania Warszawskiego.

Dzieci próbowały uciekać z niewoli, jednak próby ucieczek nie zakończyły się powodzeniem. Muzeum Powstania Warszawskiego podaje, że w listopadzie 1944 r. 14-letni strzelec Tadeusz Górski „Góral” stracił życie zastrzelony przy próbie podniesienia z „pasa śmierci” (zaoranego pasa ziemi między drutami) główki kapusty przerzuconej przez jednego z jeńców francuskich. W lutym 1945 r. zmarł wskutek choroby głodowej 15-letni strzelec Jan Walczak „Józek”. W czasie ataku radzieckich samolotów na wycofującą się pod niemiecką eskortą kolumnę jeniecką w dniu 8 maja 1945 r. poniosło śmierć trzech chłopców: 15-letni strzelec Wojciech Kowalski „Wojtek”, 15-letni strzelec Stanisław Kowalczyk „Krowa” i 17-letni strzelec Zdzisław Janiszewski „Furman”. 11 młodocianych jeńców zostało rannych lub kontuzjowanych. Dzieci przenoszono też do innych obozów. Z niewoli niemiecka komendantura zwolniła tylko jednego z nieletnich jeńców - 11-letniego strzelca Ryszarda Chęcińskiego „Myszkę”. Został odebrany przez matkę ze statusem cywilnego robotnika przymusowego.

Ale też inne dzieci żołnierze zmuszane były do pracy w niemieckich zakładach zbrojeniowych. Niemcy bez pardonu łamali konwencję genewską, chłopcy musieli pracować przy produkcji części do samolotów Messerschmitt, dział szturmowych, min przeciwpiechotnych i przeciwpancernych, pistoletów maszynowych. Po uwolnieniu z niewoli część z nich wróciła do Polski, część rozproszyła się po całym świecie.

Starsze, ale niewiele od warszawskich powstańców były dzieci żołnierze wyklęci. Wśród nich Eugeniusz Pogorzelski pseudonim Gałązka, który jako partyzant walczył u „Młota” i „Łupaszki” na Podlasiu. „Byłem żołnierzem - zaznacza we wspomnieniach. - Musiałem porzucić dom, ukrywać się w lesie”. Tak trafił do partyzantów.

Najmłodszym żołnierzem Żubryda, który po zajęciu powiatu sanockiego przez Armię Czerwoną podjął walkę z komunistami i ukraińskimi nacjonalistami, był 16-letni Julian Kilar. Rodzice zmarli - matka, gdy miał osiem miesięcy, a ojciec, legionista, który brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej, zmarł, gdy Julian skończył cztery lata. O Antonim Żubrydzie, do którego trafił, opowiadał, że niezły był z niego zawadiaka. Jego samego jednak do tajemnic oddziału nie dopuszczano, nie brano też na akcje zbrojne. „Bardzo to przeżywałem, bo chciałem się bić” - mówił w opublikowanych wspomnieniach. Zamiast tego był łącznikiem, nosił korespondencję, obserwował działania nieprzyjaciela.

Kajetan Rajski, autor książki „Wilczęta. Rozmowy z dziećmi Żołnierzy Wyklętych”, zwraca też uwagę na dzieci żołnierzy wyklętych, które w PRL nie miały łatwo. Żyły w strachu przez wiele dekad. „Chociaż ubek mordujący czy torturujący ich ojca już nie żyje, wciąż żyją jego dzieci i wnuki, często piastujące wpływowe stanowiska” - pisał Rajski na łamach „Do Rzeczy”. Jego książka to zbiór wywiadów, jego bohaterami były dzieci, które urodziły się w więzieniu, były katowane przez ubeków, szykanowane. Szczególny jest tu przypadek syna majora Antoniego Żubryda, który w wieku pięciu lat został najmłodszym więźniem politycznym PRL. Zatrzymano go w odwecie za ucieczkę ojca z UB. Oficjalnie - za współpracę z bandą Żubryda. „Z więzienia pamiętam niewiele. Smród fekaliów, strzały strażników w mury budynku, ogromne kotły w kuchni i smak wiśni, które przemycał nam jeden z kierowców” - wspominał w 2014 r. „Gazecie Lubuskiej”. Urodził się w 1941 r. jako syn Janiny i Antoniego Żubrydów. Ojciec był słynnym dowódcą partyzanckiego oddziału Narodowych Sił Zbrojnych w Bieszczadach. Dziś oficjalnie zrehabilitowany i zaliczany w poczet żołnierzy wyklętych, przez lata komunistycznej propagandy uznawany był za bandytę.

Wiele zrobiono, aby ześwinić jego życiorys, ale na szczęście się nie udało. Dziś całkowicie odkłamano już jego historię

- opowiadał jego syn. On sam w kwietniu 1946 r., tuż przed Wielkanocą, został aresztowany na osobisty rozkaz szefa rzeszowskiej bezpieki.

Pod dom babci w Sanoku przyjechały trzy samochody wypełnione wojskiem. NKWD bało się, że ojciec będzie chciał mnie odbić, więc jechałem na kolanach kapitana Szułakowa, jako tzw. żywa tarcza

- opowiadał Janusz Niemiec.

Nie miało znaczenia, czy okupant był niemiecki, czy sowiecki, dziś wiemy, że do walki zbrojnej w Polsce stawali wszyscy, łącznie z dziećmi. I pewne jest jedno - takich dzieci żołnierzy nie miała żadna armia na świecie.