Z Jakubem Farysiem, prezesem Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego, rozmawia Piotr Walczak.

Strefa Biznesu: Co się dzieje z naszą motoryzacją? Ostatnie dane dotyczące rejestracji nowych samochodów osobowych nie są zbyt optymistyczne...

- Ja bym powiedział, że są bardzo pesymistyczne. Nie powinno nas zmylić, że w porównaniu do ubiegłego roku, ciągle jest kilkuprocentowy plus. Trzeba pamiętać, że został on wypracowany na początku roku, pierwsze miesiące były naprawdę niezłe. Ale sierpniowy wynik był już fatalny. 

Rejestracje nowych samochodów osobowych w 2012 r.

Źródło: Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego

Jaka może być tego przyczyna?

- Pytanie jest bardzo dobre. Trudniej z odpowiedzią. Jeśli weźmiemy twarde wskaźniki ekonomiczne, to sytuacja Polski jest w gruncie rzeczy taka sama,  jak w ostatnich dwóch czy trzech latach. Ale ostatnio z każdej strony straszeni jesteśmy nadchodzącym kryzysem i tym, jakie złe rzeczy nas czekają. Być może właśnie to spowodowało, że spora część klientów salonów stwierdziła, iż lepiej wstrzymać się z zakupem nowego auta, przeczekać.

Co prawda, nie wszystkie marki jednakowo tracą. Te z segmentu premium mają się całkiem nieźle. Bo nawet w trudniejszych czasach ta wąska grupa zamożnych klientów ma z grubsza i tak stabilną sytuację finansową.

Sądzę też, że firmy obawiają się tego, co będzie, dlatego wstrzymują się z zakupami. A proszę pamiętać, że około połowa polskiego rynku to zakupy flotowe.

Ten rok zamkniemy pewnie na podobnym poziomie, jak poprzedni, czyli rejestracji około 270-280 tysięcy nowych aut, nieco mniej używanych - powiedzmy, że będzie to 650 tysięcy. Czarny scenariusz może mieć miejsce w roku 2013 lub 2014, bo nawet tylko 250 tysięcy rejestracji nowych samochodów. Mam nadzieję, że ostatnie wieści, mówiące o lekkim optymizmie na rynkach finansowych, przyczynią się do lepszej prasy. To z kolei może przełoży się na poprawę sytuacji w motoryzacji.

Mamy wrzesień. W tym miesiącu sprzedaż może już odbić w górę po kiepskich wakacjach?

- Bardzo bym chciał, żeby tak było. Na razie jednak, biorąc pod uwagę cząstkowe dane o rejestracjach i analizując sytuacje w salonach, jakoś dużej dawki optymizmu  jeszcze nie umiem wykrzesać.

Co utrzymanie się kiepskiej sprzedaży oznacza dla dealerów w dalszej perspektywie?

- Szczerze obawiam się o stan sieci dealerskich. Związek Dealerów Samochodów przygotowuje właśnie raport na temat zwolnień w tych firmach. Cząstkowe dane, które oni mi udostępniają, są po prostu dramatyczne. Jeśli w ciągu kilku lat okazuje się, że sprzedaż samochodów spada o 20 procent, to logiczne, że część pracowników salonów jest niepotrzebna. Spadająca sprzedaż powoduje zdecydowane redukcje nie tylko w sferze obsługi sprzedaży, ale też finansowania zakupu aut czy ubezpieczeń. Kolejna kwestia to transport. Jeśli w Polsce do salonów dostarcza się na przykład 30 tysięcy samochodów mniej, to znacznie mniej też potrzebnych jest pracowników, którzy to robią. Prawda jest taka, że jeśli sytuacja się nie poprawi, niektóre firmy dealerskie mogą nie wytrzymać.

Co w takim razie trzeba by było zrobić, żeby Polacy zaczęli kupować może nie nowe, ale nowsze auta?

- Rząd powinien zrozumieć, że sprzedaż nowych aut jest dobra dla budżetu, bo przynosi pieniądze, nieporównywalne z tymi, które idą za sprzedażą używanych. Moim zdaniem należy zlikwidować akcyzę na samochody i wprowadzić podatek, który będzie uzależniony od ekologii. To spowoduje, że ludzie będą kupowali nowsze samochody. Ważna kwestia to możliwość pełnego odliczenia podatku VAT od wszystkich aut kupowanych na firmę. Teraz może jest na to zły moment, ale czemu nie ogłosić, że tak będzie choćby za pięć lat. Jest też problem stacji kontroli pojazdów. Skandaliczny stan wielu samochodów jeżdżących po polskich drogach wynika między innymi z tego, że ktoś je dopuszcza do ruchu.