O tym, dlaczego w Polsce będzie coraz trudniej o pracę w rozmowie z prof. MICHAŁEM GABRIELEM WOŹNIAKIEM, gospodarzem Międzynarodowej Konferencji Naukowej z cyklu „Nierówności społeczne a wzrost gospodarczy”.

- Zarobki szeregowych pracowników coraz bardziej oddalają się od tego, co zarabiają ich zarządcy, wielcy menedżerowie czy właściciele fabryk. Nierówność społeczna rośnie. Dlaczego?

- Tak się dzieje od lat 80-tych, ale po 2000 r. problem zaczął narastać. To skutek zniesienia wielu ograniczeń, jakim podlegały rynki finansowe. Na świecie powszechne stało się poszukiwanie rozwiązań, które są bardziej opłacalne.

Przedsiębiorstwa, które powinny produkować buty, masło, czy jakiekolwiek użytkowane przez nas produkty, chcąc być bardziej konkurencyjnymi, także korzystają z oferty rozmaitych instytucji finansowych i właśnie na rynkach finansowych starają się uzyskać część dochodów, biorąc kredyty, spekulując na opcjach walutowych.

- Kiedy przyszedł kryzys, na opcjach walutowych gigantyczne sumy straciły takie firmy jak np. Ciech SA., dziś, aby odrobić tamte starty, planuje zwolnienia w świetnie do tej pory prosperujących Zakładach Chemicznych Organika-Sarzyna”.

- Zamiast postawić na produkcję i usługi, która zaspokajają realne potrzeby ludzi, coraz więcej osób i firm zajmuje się hazardem na rynkach finansowych. Podejmują ryzykowne decyzje. To takie decyzje doprowadziły do kryzysu ekonomicznego, podobnie jak nieroztropna polityka rządów i działania Banku Centralnego. Kryzys gospodarczy bardzo szybko uderzył w pracowników, którzy zaczęli tracić zatrudnienie. W zawiązku z rosnącym bezrobociem, przestały wzrastać także zarobki. Z powodu kryzysu gospodarczego ludzie mniej kupują. Mniejsze wpływy z podatków, wpływają na deficyt finansów publicznych. Państwo ubożeje, bo rosną nadwyżki wydatków rządowych nad dochodami.

Kiedy wybuchł kryzys, powstał problem, jak go rozwiązać. Koncepcja lansowana w Stanach Zjednoczonych polegała na tym, by ratować banki, które tworzą ten krwioobieg. Ale jednocześnie banki i sektor finansowy spowodował ten kryzys. Czyli uznano, że trzeba dać nagrodę, komuś, kto spowodował kryzys.

- Kryzys pogłębił nierówności w dochodach różnych ludzi?

- Tak. Sytuacje kryzysowe zawsze prowadzą do zwiększania takich różnic, ponieważ zawsze są ludzie lepiej i gorzej poinformowani. Ci lepiej poinformowani lepiej rozumieją pewne procesy. Na kryzysie można zarabiać, ale trzeba wiedzieć jak. Wie to na pewno sektor finansowy, duże przedsiębiorstwa, ale pozostali - nie.

- W Polsce dysproporcje dochodowe są podobne, jak w innych krajach europejskich?

- Polska należy do krajów o przeciętnych lub nieco wyższych niż przeciętne w Europie nierównościach społecznych. Niestety nasza przyszłość nie jawi się dobrze.

- Dlaczego?

- Wiele krajów Unii Europejskiej ma poważne problemy wynikające ze skutków globalnego kryzysu ekonomicznego i rosnących długów. Nawet Niemcy przekroczyli dopuszczalny deficyt finansowy. Z tego powodu nie możemy liczyć na tak duże dofinansowanie z UE, jak w ostatnich latach. Nie pomoże też w tym nowa strategia dotycząca podziału pieniędzy z unijnego budżetu po roku 2014. Unia postawi na innowacyjność, a w Polsce nie ma ośrodków, które mogłyby wgrać z Zachodem ten wyścig po fundusze. W najgorszym wariancie może się okazać, że więcej dopłacamy do Unii niż z niej otrzymujemy. A dziś 2 proc. naszego PKB jest rezultatem unijnych dotacji.

Jeżeli mamy wzrost gospodarczy na poziomie 3,5 proc. i odejmie się od tego 2 proc. to zostanie 1,5 proc. Jeśli doda się do tego negatywne skutki, o których już wiadomo, że wystąpią w Europie, to jeszcze z tego 1,5 proc. nam trochę ubędzie. Żeby w Polsce mogło zwiększać się zatrudnienie, PKB powinno rosnąć w tempie nie mniejszym niż 4 proc. Kiedy zabraknie unijnych funduszy, wzrost gospodarczy będzie o wiele za wolny, by poprawić sytuację na rynku pracy.

- Czyli?

- Ludzie będą tracili zatrudnienie, wzrośnie konkurencja na rynku pracy, przedsiębiorcy zamiast dawać podwyżki, zaczną obniżać pensje. Wymogi wobec pracowników będą natomiast rosły. Natomiast sektor finansowy w dalszym ciągu będzie się bogacił, czyli dochody tych 10-20 proc. najbogatszych będą rosły. Najbiedniejsi będą natomiast ubożeć. Nierówności się pogłębią.

- To pachnie rewolucją.

- Rewolucji nie będzie. Politycy utracili reputację, a społeczeństwo nie jest zdolne do zorganizowania się. Solidarność, jako wielki ruch, w opinii wielu ludzi zawiodła i nie stanęła na wysokości zadania. Ludzie nie chcą i nie potrafią się organizować. Nie jesteśmy jak społeczeństwo hiszpańskie, greckie czy niemieckie, które już przy drobnych pojawiających się problemach ostro protestuje. W związku z tym nasz rząd, dbając o swoje interesy, zachowuje pasywną postawę. Nie podejmuje działań, które miałyby rozwiązywać problemy.

- Można ustrzec Polaków przed tym czarnym scenariuszem?

- Przyczyn, które pochodzą z zewnątrz, nie zmienimy. Jeśli to, co się dzieje, zależy od wielkich korporacji, najpotężniejszych państw na świecie, to musi być atmosfera w tamtych kręgach, aby te problemy rozwiązywać. A jaką ma motywację wielki biznes do rozwiązywania problemów związanych ze światowym kryzysem, skoro na tym kryzysie dalej zarabia? W dodatku, jeśli ten tygrys, który pożera ofiary, znajdzie się w sytuacji podbramkowej, to będzie podkarmiany przez interwencjonizm państwa. Mechanizmy samoodpowiedzialności w tamtej sferze przestają działać. Wygodniej jest dorabiać się na rynkach finansowych niż produkować masło, buty, nie wiedząc do końca, czy się sprzedadzą.

Dlatego potrzebne są międzynarodowe regulacje porządkujące rynki finansowe. To nie znaczy, że my sami mamy spocząć na laurach. Każdy kraj ma możliwość pracy u siebie. Pod warunkiem, że ma rządzących, którzy kierują się dobrem kraju. Przykład afery Amber Gold pokazuje, że rząd wieloma sprawami, którymi mógłby się zająć, nie zajmuje się. Natomiast ma taką siłę parlamentarną, że może robić to, co chce przez całą swoją kadencję. Tymczasem trzeba ludzi uzbroić w odpowiednią wiedzę, aby wiedzieli, jak działają różne mechanizmy ekonomiczne, aby nie byli bezbronni. To wymaga zmiany edukacji ekonomicznej i taką zmianę od lat postuluję na naszych spotkaniach.

- To wymaga czasu.

- Dobrych rozwiązań krótkookresowych nie ma. Dlatego potrzebny jest powszechny dialog społeczny wokół problematyki kryzysu gospodarczego i finansów publicznych. Ta problematyka powinna być ukierunkowana na zintegrowany rozwój, czyli taki, w którym dbamy o jego harmonizowanie we wszystkich sferach życia człowieka. Przecież w życiu pojedynczych ludzi nie jest tak, że liczy się tylko kasa i kasa. Dla zwykłego człowieka liczy się także sfera biologiczna: jego zdrowie, potomstwo, możliwość wyżywienia i wychowani dzieci, liczy się ekologia, sensowna konsumpcja. Tylko ludzie muszą wiedzieć, czym jest sensowna konsumpcja, a nie wierzyć reklamom typu: „Jak kupisz sobie tę tabletkę, to będziesz żył długo, będziesz strasznie seksowny i wygrasz w totolotka milion złotych”.

- Pan postuluje po prostu więcej uczciwości.

- Postuluję myślenie holistyczne, czyli patrzenie na człowieka z punktu widzenia całego jego życia i życia jego pokolenia.

Prof. zw. dr hab. Michał Gabriel Woźniak jest kierownikiem Katedry Teorii Ekonomii i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Rzeszowskiego oraz kierownikiem Katedry Ekonomii Stosowanej Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.

W dniach 20-21 września w Rzeszowie odbyła się 11 Międzynarodowa Konferencja Naukowa z cyklu „Nierówności społeczne a wzrost gospodarczy”. Temat spotkania to „Kryzys finansów publicznych - przyczyny, implikacje, perspektywy spójności społeczno-ekonomicznej”. Organizatorami są Uniwersytet Rzeszowski i Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie.