Przybywa gospodarstw, w których rolnicy hodują opasy. - Gospodarzy przekonuje do nich cena - podkreśla Jacek Zarzecki, prezes PZHiPBM.

Nad Wisłą rośnie liczba gospodarzy, którzy dostrzegają potencjał w opasach. - Bydło pojawiło się u nas pięć lat temu. Kiedy startowaliśmy, nie mieliśmy budynków ani innych pomieszczeń do hodowli zwierząt. Był za to spory zapał i zaplecze paszowe w postaci łąk i pastwisk. Zaczęliśmy od hodowli bydła ciężkiego, czyli byków na opas - wspomina Robert Barczewicz, który prowadzi w Słupsku gospodarstwo ekologiczne.

- Niestety, w naszych warunkach było to mało rentowne przedsięwzięcie. Fakt - zwierzęta piękne, dobrze umięśnione i posiadały odpowiednią warstwę tkanki tłuszczowej, ale przyrosty były mizerne z uwagi na to, że sporo energii zużywały na bieganie, a w okresie zimowym na ogrzanie ciała. Dodatkowo produkcja ekologiczna, jaką założyliśmy, stwarzała wiele ograniczeń, ponieważ pasza treściwa musiała posiadać określone certyfikaty, a takowej w naszym regionie brakowało. Aby było to opłacalne zajęcie, zwierzę w wieku 24 miesięcy powinno ważyć 700 kg lub więcej, nasze miały wagę ok. 550 kg. Przy założeniu, że zakupiony sześciomiesięczny cielak (odsadek) kosztował około 2,5 tys. złotych, a za dorosłego byka po 1,5 roku hodowli dostawaliśmy niecałe 4 tys. i odejmując od tej ceny wszystkie koszty (pasza, obsługa weterynaryjna, paliwo, praca) pozostawało niewiele. Matematyka nie kłamie, postanowiliśmy pójść w inną stronę.

Przeczytaj też: Przetwórcy czerwonego mięsa i rolnicy chcą uporządkować rynek

Gospodarstwo nastawiło się zatem na rozród. - Zakupiliśmy jałówki - oczywiście rasy mięsnej oraz buhaje z rodowodem - mówi pan Robert. - Po roku doczekaliśmy się potomstwa, a po kolejnych 6 miesiącach mieliśmy gotowy produkt w postaci odsadków. W ten sposób skróciliśmy cykl produkcyjny, a cielęta rodzą się średnio co 12 miesięcy. Nie są one bardzo wymagające pod względem paszowym, spożywają jej małe ilości, a bazują głównie na mleku mamek. W naszym gospodarstwie pastwisk nie brakuje, mamy ich 70 ha - zwierzęta nie są wiązane na łańcuchy. Za to wszystko odpłacają się nam pięknym potomstwem. Na zimę, zapędzamy je do wiat, mają dostęp do wody i paszy. Na obecną chwilę produkcja bydła opasowego się opłaca. W naszym gospodarstwie bardziej rentowna jest produkcja odsadków, ale podkreślmy - na większą skalę. Jeżeli chodzi o mniejszą, namawiałbym na bydło ciężkie - każdy rolnik ma jakąś oborę, do której może zapędzić parę sztuk i zapewnić tam dobre warunki do tuczu.

Zajrzyjmy do 60-hektarowego gospodarstwa Marka Belczewskiego w Zblewie (woj. pomorskie, powiat starogardzki). - Syn przejął je ode mnie i żony w tym roku - mówi Roman Belczewski.

I świnie, i bydło

Jak podkreśla pan Roman, rozsądnym rozwiązaniem w rolnictwie jest wielotorowość. - Rolnikowi nastawionemu na jeden kierunek, trudniej przetrwać. Hodujemy opasy, trzydzieści macior w cyklu zamkniętym. Mamy zboże, ziemniaki, kukurydzę, użytki zielone na paszę - wylicza.

Kiedy w 1997 roku przejmował schedę po rodzicach, z racji niewielkiej opłacalności, bydło stanowiło dodatek w gospodarstwie. Numerem jeden była trzoda chlewna.

- Mógłbym poszukać faktury sprzed dziesięciu czy piętnastu lat, kiedy świnie w skupie były w granicach 5 zł za kg, a opasy - 3 zł. Jak jest teraz? Żywiec wieprzowy po 4,50 zł, a dobre opasy i za 8 zł - mówi pan Roman. - W 2014 roku powstała bukaciarnia, bardziej nastawiliśmy się na bydło. Nie bierzemy pod uwagę krów mlecznych, sporo z nimi zachodu.

Rynek mleka jak polska pogoda

Odnotowany wzrost pogłowia młodego bydła w wieku 1-2 lat, wskazuje na utrzymujące się zainteresowanie hodowlą bydła opasowego, tak podkreślił w czerwcowym opracowaniu dotyczącym pogłowia bydła w kraju, Główny Urząd Statystyczny.

O tym, że coraz więcej producentów stawia na opasy, mówi także prezes Polskiego Związku Hodowców i Producentów Bydła Mięsnego. - Co przekonuje rolników do opasów? Cena - opowiada Jacek Zarzecki. - Sektor wołowiny to stabilny rynek, nie schodzi poniżej określonego poziomu. W ostatnich dwóch, trzech latach - wzrasta stabilność przychodu, a koszty produkcji są przecież niższe niż w innych sektorach produkcji. Bydło mięsne jest alternatywą dla podmiotów, które hodowały trzodę chlewną bądź osób, które nie mają już siły zajmować się pracochłonną i kosztowną produkcją mleka. Rynek mleka, jak polska pogoda, jest niestabilny - góra, dół.

Garść statystyk dotyczących spożycia. W 2016 roku na talerz Kowalskiego trafiło 2,1 kg wołowiny. Dodajmy, że według danych Głównego Urzędu Statystycznego, przeciętny Polak zjadł wówczas 29,2 kg drobiu oraz 40,8 kg wieprzowiny.

Wynik spożycia mięsa wołowego - delikatnie ujmując - nie jest oszałamiający, jednak odbił się od przysłowiowego dna - w 2015, na statystycznego mieszkańca Polski przypadało zaledwie 1,2 kg.

Branża chce przekonać konsumentów, do tego, by częściej sięgali po wołowinę. W jaki sposób? - Jesteśmy na etapie przygotowywania strategii dla całego sektora wołowiny. Szukamy rozwiązań, z których będą zadowolone wszystkie strony. Rynek musi być tak skonstruowany, by zarobił i hodowca, i producent, i przetwórca - opowiada prezes Jacek Zarzecki. - Myślę, że spożycie wołowiny w kraju będzie jeszcze wyższe. Problem tkwi w braku edukacji konsumentów, ale i sprzedających, którzy nie są w stanie powiedzieć, z jakiej rasy jest dana wołowina, z jakich wyrębów. Przyda się kampania informacyjna, bo stajemy się zakładnikami steków i burgerów. Zapominamy o daniach naszych rodziców - tradycyjnych zrazach, rosole na kościach wołowych.

Czy ceny odstraszają klientów?

- I tak, i nie - mówi prezes PZHiPBM. - Fakt, one nie należą do najniższych, ale w Polsce są konsumenci, których stać na towar dobrej jakości. Oni potrzebują oznaczenia, gwarancji, że produkt, który kupują będzie za każdym razem taki sam, czyli powtarzalny. Ludzie powinni wiedzieć, co jedzą. Jeśli konsument kupuje wołowinę z bydła mięsnego, płaci za nią drożej, ale wie - to mięso spełnia określone parametry i walory kulinarne. Bo przecież, mięso bydła mlecznego, które w Polsce przeważa, jest jednak niższej jakości. Pamiętajmy również, że nie można porównać cen wołowiny do drobiu i wieprzowiny i dodajmy - w porównaniu z rynkami europejskimi - nasza wołowina jest o 25 proc. tańsza.

Wolni od BSE

Polska ma najwyższy możliwy status kraju o znikomym ryzyku wystąpienia gąbczastej encefalopatii bydła (BSE), zwanej chorobą szalonych krów. - Tym samym, oficjalnie wiadomo, że polska produkcja jest zdrowa. Takie decyzje na szczytach odbijają się na wyższych cenach - wskazuje Roman Belczewski.

- Dzięki statusowi będziemy jeszcze bardziej atrakcyjni na międzynarodowym rynku, ale wychodzę z założenia, że najważniejszy, bo najpewniejszy, jest klient krajowy - podkreśla Jacek Zarzecki. - Na wolnym rynku każdy czeka na nasze potknięcie lub regulacje prawne. Pamiętamy, co się działo w związku z zakazem uboju rytualnego, momentalnie straciliśmy rynki, które dzisiaj trudno odzyskać. Inni zajęli nasze miejsce. Powinniśmy się chwalić tym, że nasza produkcja jest oparta na użytkach zielonych, jest ekstensywna i w dużej mierze spełnia wymogi rolnictwa ekologicznego. Hodowla bydła mięsnego to potężny potencjał. Nie wykorzystaliśmy jeszcze wszystkich możliwości rozwojowych, jakie daje nam rynek.

Lwia część trafia za granicę

- Nasza dobra wołowina, z ras mięsnych, w ponad 90 proc. wyjeżdża na Zachód. Najlepsze mięso jedzą Włosi, Niemcy i Francuzi. Może i my, dzięki rodzimej produkcji, doczekamy się wołowiny o naprawdę bogatych walorach smakowych - mówi Robert Barczewicz.

Polska jest siódmym eksporterem wołowiny w Europie. Największy rynek zbytu stanowią państwa unijne (Włochy, Niemcy, Holandia, Francja). Wśród odbiorów są też kraje trzecie, choćby Liban. Otwiera się przed nami Turcja.