Sport

    Murray wierzy, że najlepsze wciąż przed nim

    Murray wierzy, że najlepsze wciąż przed nim

    Hubert Zdankiewicz

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    - Łatwo nie będzie, ale spróbuję pozostać na szczycie - mówi Andy Murray, który dzięki zwycięstwu w turnieju Masters pozostał liderem rankingu ATP
    Andy Murray i jego puchar

    Andy Murray i jego puchar ©Alastair Grant /polskapress

    - Szczerze mówiąc się tego nie spodziewałem - przyznał Andy Murray zaraz po ostatniej piłce niedzielnego finału turnieju Masters (Barclays ATP World Tour Finals), w którym pokonał 6:3, 6:4 Novaka Djokovicia. Mało kto się chyba spodziewał takiego rozstrzygnięcia, bo dominacja Serba w męskim tenisie była w ostatnich latach chyba jeszcze bardziej wyraźna, niż w czasach, gdy rządził w nim Roger Federer.

    Szwajcar dość szybko doczekał się godnego przeciwnika w osobie Hiszpana Rafaela Nadala, za to Djoković skutecznie wybijał z głów konkurencji marzenia o liderowaniu w rankingu ATP. Murray’owi również, dość powiedzieć, że czekał na to siedem lat - tyle czasu minęło od momentu, gdy po raz pierwszy został światowym numerem dwa, do chwili, gdy udało mu się w końcu wejść o jeden stopień wyżej. W wieku 29 lat został najstarszym numerem jeden od 1974 roku, gdy dokonał tego 30-letni John Newcombe.

    - Wierzę, że najlepsze wciąż przede mną - powtarza, pytany o wiek Brytyjczyk. - Wejście na szczyt kosztowało mnie wiele, ale skoro już się tam dostałem, to oczywiście nie zabraknie mi motywacji, by tej pozycji bronić. Wielkie turnieje motywują najbardziej - mówił po zwycięstwie w Masters i można się tylko zastanawiać jak długo wytrwa w tym postanowieniu. Jego kariera była do tej pory pasmem wzlotów i upadków.

    Długo uchodził za wielki, ale niewykorzystany talent. W dzieciństwie przeżył masakrę, gdy do jego szkoły w miasteczku Dunblane wtargnął uzbrojony szaleniec, a następnie zabił 17 osób (mały Andy przeżył, bo schował się razem z kilkorgiem innych dzieci pod biurkiem w gabinecie dyrektora). We wczesnych latach kariery to z kolei on masakrował ego swoich kolejnych trenerów. Gdy wygrywał wszystko było dobrze, za to po porażkach...

    Pracujący z nim przez pewien czas słynny Brad Gilbert (współtwórca sukcesów Andre Agassiego i Andy’ego Roddicka) wspominał, że Murray potrafił pokłócić się z nim nawet o to, jaką muzykę puścić w samochodzie. - Nic mi nie pomagasz - wypalił mu innym razem.

    Kontrowersje budził również wśród kibiców. Zwłaszcza tych na Wyspach Brytyjskich. Gdy wygrywał, był rodakiem, za to po porażkach w prasowych relacjach dominowało określenie „ten Szkot” (regularnie używały tego zwrotu bulwarówki). Tak naprawdę nie bez powodu, bo Andy’emu długo odbijała się czkawką chwila szczerości, na jaką pozwolił sobie w 2006 roku Zapytany o to, komu będzie kibicował podczas piłkarskich mistrzostw świata w Niemczech, wypalił: „Przeciwnikom Anglii”. Później przepraszał, prostował, ale Anglicy długo nie mogli się do niego przekonać.

    Podobnie jak eksperci, którzy porównali go kiedyś swojego czasu do… Agnieszki Radwańskiej. Trafnie, bo również jest świetny technicznie, także umie grać finezyjnie i ma ogromną tenisową wyobraźnię…

    Tak jak Polka długo nie potrafił jednak również przekroczyć granicy pomiędzy graczem dobrym a wybitnym. Wygrywał z najlepszymi, ale te najważniejsze mecze zawsze wygrywali inni - Federer, Nadal, czy wspomniany na wstępie Djoković. Oni byli silniejsi, lepiej serwowali, skuteczniej atakowali.

    - Mogę płakać jak Roger, ale to wstyd, że nie potrafię grać jak on - przyznał załamany po porażce w finale Australian Open 2010. Płakał również dwa lata później, gdy Federer pokonał go w finale Wimbledonu.

    Przełomem było dla niego spotkanie Ivana Lendla. - On rozumie moje cierpienie - stwierdził na początku ich współpracy Murray. Nie bez racji, bo były numer jeden męskiego tenisa również w początkach kariery nie potrafił wygrywać Wielkich Szlemów. To on zrobił to, czego nie potrafili jego poprzednicy - przekonał Andy’ego, że musi grać bardziej ofensywnie, przejmować inicjatywę na korcie. Pod okiem Lendla Murray wzmocnił się również fizycznie.

    Na efekty nie trzeba było długo czekać, bo w 2012 roku Szkot zdobył w końcu (po czterech porażkach w finale) swój pierwszy wielkoszlemowy tytuł, wygrywając US Open. Kilka tygodni wcześniej wywalczył również złoty medal olimpijski w Londynie. W 2013 roku spełnił w końcu marzenia kibiców na Wyspach i wygrał Wimbledon. Jako pierwszy Brytyjczyk od 77 lat.

    Miałby dziś zapewne na koncie nie znacznie więcej Wielkich Szlemów, gdyby jego współpraca z Lendlem potrwała dłużej. W 2014 roku ten ostatni stwierdził jednak, że musi zająć się swoimi sprawami, a kilka miesięcy później w sztabie Murray’a pojawiła się Amelie Mauresmo. Zdziwienie było ogromne, bo żaden czołowy tenisista nie zatrudnił wcześniej w roli trenera kobiety. Szkot zapewniał jednak, że to przemyślana decyzja.

    - To jest osoba, którą zawsze podpatrywałem i którą zawsze podziwiałem - podkreślał.

    Problem w tym, że efekty ich współpracy (zakończonej ostatniej wiosny) były takie sobie. Inna sprawa, że właśnie w tym czasie w życiowej formie był Djoković, którego dominacja trwała aż do czerwca tego roku, gdy wygrał w końcu Roland Garros (w finale pokonał notabene właśnie Murray’a), kompletując przy okazji tzw. niekalendarzowego Wielkiego Szlema. Dosłownie kilka dni później trenerem Szkota znów został Lendl...

    I na efekty znów nie trzeba było długo czekać. Drugi wygrany Wimbledon, drugie olimpijskie złoto. No i fantastyczna jesień, której zwieńczeniem był awans na pierwsze miejsce w rankingu ATP (po listopadowym turnieju w Paryżu) i zwycięstwo w Masters (pierwsze w karierze). Dużo w tym zasługi Lendla, ale nie tylko. - Myślę, że w końcu dojrzałem - przyznaje Murray

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Sport z kraju i ze świata

    Zobacz więcej na Sportowy24.pl

    Lotto Ekstraklasa

    Lp. Drużyna M. Pkt. Z. R. P. Bramki
    Awans do grupy mistrzowskiej
    Miejsce w grupie spadkowej
    Ruch Chorzów został ukarany odjęciem czterech punktów za zaległości finansowe
    1 Jagiellonia Białystok Live 20 39 12 3 5 36-20
    2 Lechia Gdańsk Live 20 39 12 3 5 31-24
    3 Legia Warszawa Live 20 35 10 5 5 43-22
    4 Bruk-Bet Termalica Nieciecza Live 20 33 10 3 7 24-26
    5 Lech Poznań Live 20 32 9 5 6 29-19
    6 Zagłębie Lubin Live 20 31 8 7 5 28-22
    7 Pogoń Szczecin Live 20 26 6 8 6 31-27
    8 Arka Gdynia Live 20 26 7 5 8 24-27
    9 Korona Kielce Live 20 26 8 2 10 27-38
    10 Wisła Kraków Live 20 25 7 4 9 30-35
    11 Wisła Płock Live 20 24 6 6 8 25-27
    12 Śląsk Wrocław Live 20 22 5 7 8 20-29
    13 Piast Gliwice Live 20 22 5 7 8 21-33
    14 Cracovia Live 20 21 4 9 7 29-27
    15 Górnik Łęczna Live 20 18 4 6 10 21-34
    16 Ruch Chorzów Live 20 16 6 2 12 28-37