Fernando Meirelles oswaja apokalipsę

    Fernando Meirelles oswaja apokalipsę

    Marek Świrkowicz

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    "To wyjątkowo brutalna opowieść. Zbyt dużo w niej gwałtu, przemocy i degeneracji. Nie chcę, aby wpadła w niepowołane ręce" - mówił o swej wydanej w 1995 r. książce "Miasto ślepców" portugalski noblista José Saramago.
    I przez lata, zamknięty w swej niedostępnej twierdzy na hiszpańskiej wyspie Lanzarote, kategorycznie odtrącał zakusy hollywoodzkich rekinów, ostrzących sobie zęby na prawa do filmowej adaptacji prowokacyjnego arcydzieła.

    Ale ostatecznie i on zmiękł. Pewnego dnia u wrót jego posiadłości stanęli scenarzysta Don McKellar i producent Niv Fichman. Nie wiadomo, o czym dokładnie gadali z nieugiętym literatem, ale wiadomo, iż po godzinie uścisnęli sobie z uśmiechem prawice i opuścili wyspę z prawami do książki w kieszeni.
    Niedługo później skaptowali brazylijskiego wirtuoza reżyserskich trików - a prywatnie wielkiego fana prozy Saramago - Fernando Meirellesa (cztery nominacje do Oscara za fenomenalne "Miasto Boga" i cztery za nie mniej udanego "Wiernego ogrodnika") i ochoczo przystąpili do przenoszenia szokującej powieściowej materii na ekran. Budzący rozliczne kontrowersje efekt końcowy już od jutra będziemy mogli wreszcie podziwiać w naszych kinach.

    Już na wstępie ostrzegamy, iż nie będzie to lekkostrawna filmowa przekąska. Gdy w ubiegłym roku dzieło Meirellesa pokazywano na otwarcie szacownego festiwalu w Cannes, spora część odzianych w szałowe kreacje gości ledwo wytrwała do końca projekcji. Brazylijski wirtuoz nie tylko bowiem z naturalistyczną dosłownością ukazuje na ekranie upadek i zezwierzęcenie człowieka w sytuacji zagrożenia, ale też z premedytacją omija wytarte hollywoodzkie ścieżki filmowego rzemiosła. I zamiast naszpikowanego efektami specjalnymi katastroficznego thrillera albo postmodernistycznej gry z literackim pierwowzorem i całą historią kina serwuje nam klasyczny, poruszający moralitet w iście średniowiecznym stylu.

    Akcja, miast pędzić naprzód z prędkością batmobila, zatacza subtelne kręgi, a zaludniający filmowy świat bohaterowie nie mają imion ani osobistych historii. Są jedynie symbolicznymi figurami, które pod dyktando reżysera ścierają się w alegorycznej opowieści o spadającej znienacka apokalipsie. Symbolizują postawy i wartości, które w obliczu rozpadu porządku świata ulegają całkowitemu przewartościowaniu.

    Już od pierwszych sekund czujemy, że coś jest nie tak. Oto w czasie porannego szczytu jakiś facet w stojącej na światłach furze wrzeszczy, że właśnie stracił wzrok. Z początku inni traktują go jak wariata, ale w końcu ktoś się oferuje, że odwiezie go do domu. Po czym sprytnie zostawia nieboraka na ulicy, przywłaszczając sobie jego samochód.

    Przerażony ślepiec trafia wreszcie do okulisty, ale ten jest bezradny. A następnego dnia sam budzi się niewidomy, podobnie zresztą jak cała grupa jego pacjentów i złodziej samochodu. Okazuje się, że miasto nawiedziła epidemia tajemniczej białej ślepoty. "To tak, jakby ktoś nagle zapalił ci wszystkie światła" - tłumaczy jej objawy jeden z zakażonych bohaterów.

    Ofiar zarazy przybywa w postępie geometrycznym. Przerażone władze nakazują odizolowanie wszystkich zakażonych i umieszczenie ich w starym szpitalu psychiatrycznym, gdzie rozpoczyna się okrutna walka o przetrwanie. Z jednej strony mamy złowrogiego eksbarmana (kapitalny, obsadzony na przekór swym dotychczasowym rolom Gael Garcia Bernal), który proklamuje się samozwańczym królem jednego z oddziałów, przejmuje kontrolę nad zapasami żywności i organizuje pierwotny system wymienny (żarcie za pieniądze, kosztowności i kobiety). Z drugiej - wierny humanistycznym zasadom okulista (Mark Ruffalo) i jego energiczna żona (Julianne Moore), jedyna osoba, która - nie wiedzieć czemu - zachowała wzrok.

    Wiele można filmowi Meirellesa zarzucić: brak logiki, dziury w scenariuszu czy niezrozumiałe posunięcia bohaterów. Nie sposób jednak oprzeć się jego równie brutalnej, co hipnotyzującej wizji postapokaliptycznego świata. Nie przypadkiem wizjonerskie, fantastycznie grające światłem i bielą zdjęcia Cesara Charlone zostały nagrodzone Srebrną Żabą na ostatnim festiwalu Plus Camerimage.

    Dlatego radzimy wam zdobyć się na odwagę i wyruszyć do kina. Nie tylko będziecie mogli poobcować z wizualnym kunsztem najwyższej próby, ale też przekonacie się, że gnębiący nas kryzys to jeszcze nic strasznego.

    "Film Meirellesa ucieszył mnie tak samo jak moja książka" - mówił José Saramago

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Gorący temat

    Wideo