Justyna Steczkowska: Maria Magdalena muzyki pop

    Justyna Steczkowska: Maria Magdalena muzyki pop

    Marcin Kostaszuk

    Głos Wielkopolski

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    Czuje się przede wszystkim muzykiem, ale flirtuje ze światem telewizyjnych show, bo wie, że to jedyna dziś droga do masowej popularności. O losie artysty z ambicjami, ale cały czas będącego na celowniku tabloidów Justyna Steczkowska opowiada Marcinowi Kostaszukowi
    Ona weszła na orbitę gwiazd pierwszej wielkości. To moment, w którym postawią cię na piedestale i nagle chcą cię ściągnąć w dół i potrafią nieprawdopodobnie krytykować. To tak jak jazda kolejką górską - będzie się musiała mocno trzymać - tak w październiku 1997 roku mówił o Tobie Grzegorz Ciechowski. Sprawdziło się?
    Tak, miał rację, ale nie mogłam przypuszczać , że będzie chwilami naprawdę ciężko, jak to na górskiej kolejce (śmiech). Grzegorz wiedział, co mówi, bo przeszedł tę samą drogę i już znał schemat. Ale to i tak nic w porównaniu z tym, co dzieje się teraz, kiedy jest internet i każdy może oceniać artystę publicznie bez żadnej odpowiedzialności za słowo.

    Pracując nad nową płytą "To mój czas" znów miałaś prawą rękę węgierskiego producenta Victora Rakonczaia. Wypełnia jakoś lukę po Ciechowskim?
    Pracowałam z różnymi producentami w swoim życiu i dobrze jeśli nie jest to ciągle ten sam człowiek. Żeby muzyka była świeża, żeby się nie zapętlać - tak aby zaskoczyć nie tylko siebie, ale też tych, którzy słuchają.

    Czym wyróżnia się Rakonczai?
    Po prostu dla niego jestem tylko muzykiem, a nie Justyną Steczkowską. Mieszka w innym kraju i nie odbiera mnie przez pryzmat wizerunku, ilości artykułów czy wystąpień telewizyjnych. Było chwilami bardzo wesoło. W każdym utworze prosił mnie, żebym śpiewała swoim, jak to określał "angel voice", bo to nadaje utworom oryginalności i wyjątkowości. Kiedy tłumaczyłam, że muszę dawkować wysokie dźwięki słuchaczom, namawiał, żebym mu po prostu pośpiewała, bo nie może uwierzyć, że głos może tak brzmieć bez autotunera. (śmiech)

    Czyli płyta jest autorska. Teksty i muzyka: Justyna Steczkowska?
    Autorska jak żadna inna. Kiedy Grzegorz żył, pisał dla mnie świetne teksty. Potem pisały dla mnie wspaniałe kobiety Nosowska czy Bartosiewicz, ale one też nie zawsze mają czas, a ja sama nie chciałam, bałam się, że będzie banalnie i o niczym. Zaczęłam kilka lat temu, a od dwóch lat słowo wybuchło we mnie ze sporą ekspresją. Wydaje mi się, że udało mi się napisać kilka niebanalnych tekstów, takich jak "Kim tu jestem" i "Dlaczego ty".

    Co kryje się za tytułem "To mój czas"?
    Śpiewam o nieszczęśliwej miłości kobiety do mężczyzny, ale to przewrotny
    tekst. W zeszłym roku wylano na mnie taką ilość pomyj, głównie za sprawą "Gwiazd tańczących na lodzie", że przyszedł czas, żeby się z tym zmierzyć. Po prostu wyrzuciłam z siebie to, co mnie bolało. Bez pretensji i żalów do innych - bo to nie w moim stylu - zaśpiewałam swój protest song: "To mój czas, wciąż się rozwijam, ciągle biegnę dalej, chcę trwać i żyć z sobą w zgodzie, jeszcze doskonalej co dnia". Tak więc tytuł nie dotyczy takiego "bywania" medialnego, że niby ja tu jestem wszędzie i to mnie cieszy, bo to mnie bardziej smuci - pomijając bywanie muzyczne.

    W "Dlaczego ty" porwałaś się na społecznie palący temat.
    Tak, to niestety historia oparta na faktach. 16-letnia dziewczyna poznała trzydziestoparoletniego mężczyznę na dyskotece, zaufała mu i pozwoliła się odprowadzić do domu. Po drodze brutalnie ją zgwałcił i zabił. Tekst nie mówi o tej sytuacji wprost: to rozmowa matki z córką, ale dla tych, którzy chcą zrozumieć, przekaz jest jasny. Maja nie żyje, ale problem pozostał, bo wiele dziewcząt przeżyło podobne zdarzenia. Niektóre miały więcej szczęścia, bo udało im się przeżyć, ale mężczyzna przekroczył granice ich intymności wbrew ich woli. To one, a nie on musiały nauczyć się z tym żyć: ze wstydem, bólem i strachem. Często nikomu o tym nie mówiąc, bojąc się oceny innych i niezrozumienia. To ciężkie brzemię. Na studiach sama zetknęłam się z osobą molestowaną w dzieciństwie. Starałam się jej pomóc jak umiałam, ale trudno było ją z tego podnieść, także dlatego, że mało kto wie, jak pomóc ofierze gwałtu. Żeby się tego dowiedzieć, pochłonęłam wiele książek i wiem, że powrót do siebie to długofalowy proces. Potrzebny jest przyjaciel, który nie będzie oceniał, tylko słuchał i wspierał. Było jej trudno wrócić na normalne tory.

    Po co pisać o tym piosenkę?
    Po to , żeby wesprzeć tych którzy zostali. Żeby wiedzieli, że są ludzie, którzy wspierają ich całym sercem wierzą i trzymają kciuki, żeby wyszli na prostą. Przez muzykę można powiedzieć innym rzeczy naprawdę ważne. Przykładów jest mnóstwo.

    Miałem okazję być na Twoim koncercie 23 października 2005 roku w Słodowni Starego Browaru. Niemal cała 150-osobowa publiczność co chwilę zerkała na komórki - pamiętasz dlaczego?
    Nie.

    To był dzień drugiej tury wyborów prezydenckich. W końcu przyszły SMS-y, że wygrał Lech Kaczyński, którego partię wspierałaś, śpiewając na koncertach ją promujących. Czy flirt z polityką więcej polskiemu artyście daje, czy odbiera?
    Artysta jest normalnym obywatelem i jego też obchodzi, w jakim kraju żyje. Dziś interesuję się polityką mniej niż kiedyś, ale nadal obchodzi mnie, jak rozwiązywane są problemy społeczne, które dotyczą bezpośrednio mnie i mojej rodziny.

    Nie chodzi mi o to, by zaglądać w Twoją kartkę wyborczą. Interesuje mnie tylko, jak w tym wszystkim czuje się artysta. Z perspektywy tego doświadczenia uważasz, że powinien się angażować?
    Nie, bo ludzie są nieobliczalni w swoich sądach, nie myślą o tym, że ja, tak jak oni, jestem również obywatelem tego kraju. Nasłuchałam się z tego powodu wielu przykrości. Następnym razem tylko i wyłącznie wrzucę kartkę wyborczą i nigdy nie stanę za nikim, nawet jeśli będę uważała, że jego wizja Polski jest mi bliska i będę mogła mu pomóc. Polityka jest zbyt nieobliczalna, a bywa też niesprawiedliwa i głupia.

    Twoje koncerty to zazwyczaj show: zmieniasz kreacje, masz grupę taneczną, czuje się, że to jest rozrywka nie dla każdego. Trzy lata temu wysłałaś jednak sygnał, że nie należysz tylko do świata blichtru - pojawiłaś się na Przystanku Woodstock.
    To były dla mnie wspaniałe chwile. Moje pojawienie się na Woodstock miało być niespodzianką. Piosenki przygotowywaliśmy specjalnie na ten występ w nowych, rockowych aranżacjach i nawet poprosiłam Jurka Owsiaka, żeby nie mówił nikomu i nie zapowiadał ze sceny, że będzie śpiewać Justyna Steczkowska.

    Dlaczego?
    Żeby ludzie nie patrzyli na mnie jak na "Steczkowską z telewizji", tylko jak na muzyka. Pomyślałam: jak rozpoznają mój głos - fajnie. Jak nie rozpoznają - jeszcze lepiej. Ale się okazało, że szybko mnie zdemaskowali. Po trzecim utworze pobiegłam się przebrać, żeby zagrać "Grawitację" - nie byłam pewna tego, jak zostałam przyjęta, bo ktoś taki jak ja do Woodstocku raczej nie pasuje - a gdy wróciłam, dostałam jeszcze większe brawa niż na wejściu. Na koniec 200 tysięcy ludzi śpiewało mi "Sto lat", a ja płakałam ze szczęścia. Nigdy tego nie zapomnę.

    Miła odmiana od bycia Justyną Steczkowską z tabloidów. A propos, czy są dobre strony takich mediów?
    Nie. Nie ma żadnych (śmiech) Tym bardziej, że pojawiam się tam wbrew swojej woli, podglądana i fotografowana znienacka, z głupimi komentarzami, niemającymi nic wspólnego z prawdą. Tylko przykrości i sprawy sądowe.

    Czy artysta, który nie chce grać tylko dla siebie i znajomych, a ma swoje ambicje, musi dziś pójść na układ i czasem zatańczyć gdzie trzeba - nawet na cienkim lodzie - i w ten sposób pojawić się z komunikatem "oto jestem"?
    To zależy, ale mogę ci to opowiedzieć tylko na przykładzie własnej historii. Wzięłam udział w "Tańcu z gwiazdami", bo to miał być ostatni, a ja lubię tańczyć i wydawałam płytę "Daj mi chwilę". Chciałam o tym powiedzieć publiczności i to było dla mnie najważniejsze.

    A więc trzeba tańczyć?
    Miałam kilka razy propozycje z "Tańca z gwiazdami" i w końcu... Jak już wspomniałam, to miała być ostatnia edycja, więc zdecydowałam, że jeśli nie teraz, to nigdy. Bardzo lubię tańczyć, a poza tym w moich planach cały czas są występy w dużych musicalach. Pomyślałam, że się sporo przy okazji dowiem i nauczę. Dałam się przekonać i nie żałuję. Było sporo zachodu, by pogodzić taniec z normalnym funkcjonowaniem, ale nawet gdy kończyłam treningi i wracałam do domu, to po usypianiu moich dzieci, jeszcze po północy brałam kamerę do ręki i uczyłam się kroków. W sumie trzy miesiące pędu i ciężkiej, fizycznej pracy. Ale było fajnie, miło wspominam tę przygodę.

    Milej niż taniec na lodzie?
    Nie chciałam już tańczyć, nie ma takiej możliwości, żeby po takim programie stać się profesjonalistą w rewii czy musicalu na lodzie. To się nie zdarzy, jeśli nie ćwiczy się od małego. Nie chciałam więc być uczestnikiem, bo już raz byłam i wiem, jak to smakuje, ale poprowadzić takie show i to przekazałam producentom programu. I przyszedł czas, że złożyli mi taką propozycję. Najpierw jednak upewniałam się, że nie będzie chciała jej prowadzić Tatiana Okupnik. Kiedy porozmawiałyśmy osobiście i Tatiana potwierdziła mi, że nagrywa płytę w Stanach i nie jest w stanie tego pogodzić, zdecydowałam, że podejmę to wyzwanie. Z dwóch powodów: chciałam się sprawdzić w nowej roli, a ponadto wiedziałam, że tak duża produkcja muzyczna jak moja najnowsza płyta "To mój czas", będzie drogim przedsięwzięciem. Nie mogłam jednak przewidzieć, że Dosia (Doda - przyp.red) wytoczy swoje armaty w moją stronę. Stało się, jak się stało. Dziś nie ma to dla mnie żadnego znaczenia, doszliśmy do końca i nie jest to coś, co chciałabym powtórzyć. Czasem było bardzo miło, czasem bardzo niemiło, ale i taka lekcja w życiu się przydaje i czegoś uczy.

    Jakie jest Twoje marzenie artystyczne? Bo o poza-artystyczne niech pytają inni.
    Wielkie dzięki. Bardzo chciałabym skończyć to, co zaczęłam już zeszłym roku. Umówiłam się z Romanem Kołakowskim, że zrobimy razem coś naprawdę głębokiego. Będzie to musical o historii Marii Magdaleny, ale nie do końca opartej na historycznych faktach. To ma być współczesna opowieść o odrodzeniu. I o sile kobiecości w świecie i religii. Temat naprawdę niebanalny.

    Rozumiem, że rezerwujesz dla siebie główną rolę. Jak sobie wyobrażasz współczesną Marię Magdalenę?
    Każdy nosi ją w sobie, bo nikt z nas nie jest święty, ale ma szanse na odrodzenie i znalezienie właściwej drogi...

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Gorący temat

    Wideo