Opowieść żony nie tylko o Komedzie

    Opowieść żony nie tylko o Komedzie

    Marek Zaradniak

    Głos Wielkopolski

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    Krzysztof Komeda potrafił pracować cały dzień
    1/3
    przejdź do galerii

    Krzysztof Komeda potrafił pracować cały dzień ©Archiwum

    Nakładem wydawnictwa Szelest ukazała się książka Zofii Komedowej-Trzcińskiej "Nietakty. Mój czas. Mój jazz". To wspomnienia zmarłej przed sześciu laty żony Krzysztofa Trzcińskiego-Komedy spisane przez jej syna Tomasza Lacha

    Zofia Komedowa-Trzcińska była żoną jednego z czołowych polskich jazzmanów wszech czasów, poznaniaka Krzysztofa Komedy, a zarazem jego menedżerem. Zmarła sześć lat temu. Na dwa lata przed śmiercią swoje wspomnienia zaczęła dyktować synowi Tomaszowi Lachowi. Teraz nakładem wydawnictwa „Szelest” ukazały się one pod tytułem „Nietakty. Mój czas. Mój jazz”.

    To nie jest tylko opowieść o Krzysztofie Komedzie-Trzcińskim, jego karierze i tragedii, ale też o ludziach, jacy byli wokół niego, o Polsce i świecie z tamtych lat. Stąd pojawiają się na łamach książki: Roman Polański, Marek Hłasko, Andrzej Kurylewicz i wielu innych.

    Swoją opowieść Zofia Komedowa-Trzcińska rozpoczyna od miejsca swego urodzenia - Dryszczowa nad Bugiem.
    Po wojnie trafiła do Krakowa. W wieku 18 lat wyszła za mąż za Ludwika Lacha, tamtejszego dżolera, jak wtedy nazywano ludzi, którzy wszędzie brylują i bywają. Przenieśli się do Poznania, gdzie mieszkali jej rodzice. Związek z Lachem nie był udany, a Komedowa przyznaje też, że Poznań nigdy jej się nie podobał i nigdy tu się nie zaadaptowała. Z siedmiomiesięcznym synkiem wróciła do Krakowa i związała się z tamtejszą bohemą artystyczną.

    W czerwcu 1956 roku w Krakowie poznała Krzysztofa Komedę-Trzcińskiego. Jak podkreśla, był nie tylko wrażliwym, utalentowanym artystą, ale także delikatnym subtelnym i mądrym człowiekiem. Z czasem bycie laryngologiem i uprawianie muzyki stało się wyczerpujące i pod koniec września 1957 Krzysztof Trzciński zrezygnował z pracy w szpitalu. Przeniósł się do Krakowa. To w Krakowie w 1957 roku rozpoczęła się ich przyjaźń z Romanem Polańskim. Komeda i Polański byli bardzo zżyci. Rozumieli się jak bracia bliźniacy. Nie dyskutowali. Nie kłócili się i nie wchodzili w słowo.

    Stolica jednak kusiła i Komedowie przenieśli się tam w 1959 roku. Coraz częściej wyjeżdżali za granicę. W Skandynawii Komeda zyskał taką pozycję, że zaczęto nazywać go „twórcą jazzu skandynawskiego”.

    Przed Bożym Narodzeniem 1967 ruszył do Hollywood, by pisać muzykę do filmu Polańskiego „Dziecko Rosemary”. W ostatnich dniach stycznia 1968 Zofia pojechała za nim. I chociaż mieszkali w jednym apartamencie, jedli razem posiłki, to jednak na dłuższe rozmowy nie było czasu. Nie doczekała do premiery filmu. Wróciła. Kto wie, może życie potoczyłoby się inaczej, gdyby posłuchała przepowiedni Ewy Frykowskiej, która wróżąc z kart, powiedziała jej: „On umrze, ale jak będziesz przy nim, to będzie żył”. Zofia nie bardzo jej uwierzyła. Tymczasem szybko nadeszła do Warszawy wiadomość o tym, że Komeda uległ wypadkowi i jest nieprzytomny. Pojechała, aby ratować męża. Leczenie kosztowało fortunę, a Komeda nie był ubezpieczony poza wykupionym za 30 dolarów miesięcznie ubezpieczeniem od wypadków samochodowych. W końcu zapadła decyzja o przewiezieniu go do kraju. Niestety, Krzysztof Komeda zmarł wkrótce po przewiezieniu do kraju 23 kwietnia 1969.

    m.zaradniak@glos.com

    Czytaj treści premium w Głosie Wielkopolskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo