"Sicario", czyli pogranicze w ogniu [RECENZJA]

"Sicario", czyli pogranicze w ogniu [RECENZJA]

Zdjęcie autora materiału

Cyprian Łakomy

Głos Wielkopolski

Głos Wielkopolski

"Sicario", czyli pogranicze w ogniu [RECENZJA]

©Materiały prasowe

Nowy thriller Denisa Villeneuve dobitnie pokazuje, że w walce ze zorganizowaną przestępczością nic nie jest czarno-białe i każdy się musi ubrudzić.
"Sicario", czyli pogranicze w ogniu [RECENZJA]

©Materiały prasowe

Villeneuve, reżyser tak udanych thrillerów jak „Labirynt” (2011) oraz „Wróg” (2013), już kilkakrotnie tworzył narracje, w których płaszczyzna, na której funkcjonuje główny bohater okazywała się częścią większej całości. Tak jest i tym razem. Osadzona jedną nogą w świecie meksykańskich karteli narkotykowych, a drugą w hermetycznych realiach amerykańskich jednostek specjalnych fabuła „Sicario” miesza szyki, zwodzi widza, choć nigdy na tyle, byśmy przynajmniej intuicyjnie nie czuli, że ogarniamy to skomplikowane i usłane ludzkimi trupami uniwersum.


- Trudno powiedzieć, czy bohaterowie „Sicario” są dobrzy czy źli – mówi odgrywający kluczową dla filmu rolę Benicio Del Toro. Jego Alejandro to ucieleśnienie tej dwuznaczności. To postać, która do ostatnich minut filmu odkrywa kolejne niuanse. Doświadczony agent? Były prokurator z niejasnymi powiązaniami? Powodowany żądzą zemsty po stracie żony i córki egzekutor? A może po prostu tytułowy sicario, czyli płatny zabójca? Te wątpliwości widz próbuje sobie uporządkować jeszcze długo po wyjściu z kina.

Podobnie zagubiona jest główna bohaterka, agentka FBI Kate Macer (Emily Blunt), której perspektywę przyjmuje widz. To w gruncie rzeczy udany zabieg, że wszystkie wstrząsy towarzyszące poznawaniu brutalnych realiów amerykańsko-meksykańskiego pogranicza przeżywamy razem z nią. Bo choć zaprawiona w bojach, Kate z każdym kolejnym dniem misji odczuwa coraz większy dysonans pomiędzy ideałami, którym hołduje, a metodami jakimi zmuszona jest się posługiwać w zlikwidowaniu wroga. Patrząc na rzeczywistość jej oczami, nawiązujemy z obrazem Villeneuve silną relację.

A ta jest i tak solidna dzięki dynamicznie rozwijającej się fabule. Kilka pierwszych minut „Sicario” to najbardziej efektowne otwarcie, jakie od lat widziałem w kinie akcji. Najpierw strzelanina, a zaraz po niej makabryczne odkrycie, które mogłoby spokojnie wieńczyć tę początkową sekwencję. Druzgocący finał interwencji w siedzibie gangsterów ma dopiero jednak nadejść. Takich wątków z opóźnionym zapłonem jest tu jeszcze kilka. Film Villeneuve ma jednak to do siebie, że referowanie jego fabuły nawet w nikłym stopniu nie oddaje wrażeń podczas obcowania z nią na ekranie.

„Sicario” to fascynująco wiarygodny portret amerykańskiego pogranicza. Miejsca, za którym rozpościera się inny świat, jakże odmienny od względnego bezpieczeństwa i dostatku USA. Reżyser zobrazował Meksyk z całym dobrodziejstwem inwentarza: od jajek i tortilli na śniadanie, przez korupcję służb, aż po zmasakrowane ciała gangsterów zwisające z mostu w Juarez. A widz przez bite dwie godziny chłonie ten obraz jak gąbka.



Sicario
USA 2015
reż. Denis Villeneuve
wyk. Emily Blunt, Benicio Del Toro, Josh Brolin
w kinach od 25 września

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Gorący temat

Wideo