Myslovitz: portret grupy trudnych indywidualistów

    Myslovitz: portret grupy trudnych indywidualistów

    Marcin Kostaszuk

    Głos Wielkopolski

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    Polacy mają dziś tyle problemów do rozwiązania, że analizowanie przyszłości zespołu rockowego wydaje się nie na miejscu. Tyle że tym zespołem jest Myslovitz - grupa indywidualistów, którym dotąd udawało się wszystko: muzyka, teksty, koncerty, a nawet festiwal. Czy po roku odpoczynku od estrady (i siebie) znów są zdolni do osiągnięcia sukcesu wspólnie?
    Trasa koncertowa "odwieszonego" Myslovitz rozpoczęła się w Poznaniu nieprzypadkowo - muzycy zgodnie przyznają, że tutejsza publiczność traktuje ich wyjątkowo. Z wzajemnością - to w Eskulapie Artur Rojek zaliczył - wymagający bezwarunkowego zaufania - pierwszy w życiu skok ze sceny w ręce widowni. Poznaniacy poznali też jako pierwsi na żywo utwory z ostatniego, znakomitego albumu "Happiness Is Easy".

    Wtorkowy występ był jednak inny, wręcz dziwny. Uderzająca była determinacja, z jaką muzycy starali się sprawić wrażenie jednorodnego, scenicznego organizmu. Zaczynając od swych kompozycji z debiutanckiej płyty ("Myslovitz", "Zgon"), instrumentaliści musieli często pomagać wokaliście chórkami (co wypadło nieźle), ale i tak każdy wydawał się zajęty sobą.


    Brak swobody był wyczuwalny aż nadto i nie chodziło nawet o kiksy perkusisty czy pomijanie lub powtarzanie fragmentów niektórych tekstów. Na szczęście im dłużej grali (w sumie ponad 3 godziny!), tym elementy ich wspólnej układanki częściej do siebie pasowały. Swój udział miała w tym widownia, która wyręczyła wokalistę podczas "Długości dźwięku samotności". Najlepszy moment koncertu miał miejsce chwilę później, gdy ekspresyjna "Nienawiść" została zaprezentowana wręcz delikatnie.

    Następnego dnia zespół znalazł czas na rozmowę z dziennikarzami. Muzycy byli ciekawi odczuć po pierwszym występie trasy, sumitowali się trochę brakiem rytmu, w jakim byli - do czasu przerwy - przez niemal całą dekadę. Nie unikali pytań o powody rozstania z publicznością i stosunki w zespole.

    Z ich odpowiedzi można wyciągnąć jeden wniosek - demokracja, od zawsze panująca w zespole, obróciła się trochę przeciwko niemu. Każdy z muzyków nadal pragnie samorealizacji i nie zrezygnuje z niej nawet teraz, gdy macierzysta formacja powraca do koncertowego życia. Najpierw jednak będą płyty jej członków, przede wszystkim wspólnego projektu Wojciecha Powagi i Przemysława Myszora, którzy do współpracy pozyskali wokalistę Tomka Makowieckiego. Między wierszami można też było wyczytać źródło konfliktu, wynikające z dominującej pozycji, jaką przypisują Arturowi Rojkowi media i fani.

    Muzycy przyznali jedno: osobno nie mają szansy ścigać się z dokonaniami wspólnego projektu. Stąd determinacja, by tchnąć w niego nowe życie i odzyskać ducha wspólnoty, który niegdyś objawiał się nie tylko światowym poziomem koncertów, ale też kolektywnymi zgrywami za sceną. Stawka jest wysoka - fani są w stanie wybaczyć im nawet nieprofesjonalne wpadki, ale nie zaakceptują Myslovitz w formie małżeństwa z rozsądku, nakazującego nie rezygnować z ogólnie szanowanego i wartościowego szyldu.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo