Niełatwo być nadzieją

    Niełatwo być nadzieją

    Zdjęcie autora materiału

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    Z Jackiem Wojciechowiczem, o naukowcach w biznesie, rozmawia Maria Nowak
    Skończyliście trudne studia z biotechnologii, potem doktoraty w renomowanych ośrodkach. Gdyby ktoś zapytał "co dalej", każdy odpowie: kariera naukowa. Was to nie pociągało?
    Już jako studenci marzyliśmy z przyjacielem o założeniu własnej firmy. Kariera naukowa jest strasznie przewidywalna i przychodzi w niej taki moment, że już nic się nie robi nowego, tylko powiela główne osiągnięcie. Nie, nie chcieliśmy tego.


    Jesteście "Nadzieją polskiego rynku", bo i taki tytuł zdobyła Panów firma. A zaczynaliście dwa lata temu od zera. A właściwie od czego zaczynaliście?
    Pracowałem w warszawskim laboratorium badań genetycznych, komercyjnym, które zajmowało się ustalaniem ojcostwa. Tam zdobyłem podstawy doświadczenia biznesowego, bo przecież tego na uczelni nikt nie uczy, a gąszcz przepisów związanych z diagnostyką laboratoryjną jest bardzo duży. Większość studentów biotechnologii zresztą dopiero po studiach dowiaduje się, że nie ma uprawnień do autoryzowania badań laboratoryjnych i jeśli nawet ktoś ma specjalizację z diagnostyki molekularnej, musi skończyć podyplomowe - oczywiście płatne - studia z analityki medycznej. Inaczej może być tylko asystentem. Do naszej firmy nie przyjmujemy absolwentów, choćby z najlepszymi wynikami, lecz tylko osoby, które już gdzieś pracowały.

    Chętnych jest dużo?
    Tak, bo w Polsce nie ma dużego popytu na najlepszych specjalistów, nie ma tego "ssania" z przemysłu. Z naszego rocznika najzdolniejsi zostali na uczelni. Własnej firmy nie założył nikt.

    Na początek pieniądze są chyba największym problemem?
    Myśmy włożyli w to wszystkie swoje pieniądze i kredyt mieszkaniowy. Mieliśmy pomysł, aby diagnozować choroby odkleszczowe. Skąd to się wzięło? Mój wspólnik i przyjaciel, Michał Kaszuba, jest zapalonym ornitologiem amatorem. Często spotyka się z leśnikami. To oni sygnalizowali ten problem, mówili, że chorób odkleszczowych jest dużo i że trudności z diagnozą opóźniają leczenie, co ma fatalne skutki. Kleszcze roznoszą kilka groźnych chorób. Jest ich więcej z powodu ocieplenia klimatu. Rośnie wtedy populacja myszy, a to one są "przechowalnią" kleszczy. Polska na mapie epidemiologicznej wykazuje stosunkowo mało zachorowań, ale we wszystkich krajach ościennych jest ich kilkakrotnie więcej, a to znaczy, że u nas te choroby nie są dobrze diagnozowane.

    Właściwie dlaczego?
    Bo mają niemal takie same objawy, a wywołujące je patogeny są różne. Bo nie występowały tak często jak teraz i wielu lekarzy rodzinnych nie umie ich rozpoznać - lekceważy objawy albo stosuje na przykład antybiotyki za krótko.

    Wymyśliliście test, który sprawdza czy to na pewno ta choroba?
    Wykorzystaliśmy metodę stosowaną przy wykrywaniu wirusów, opartą o znaczniki fluorescencyjne. Powiem tylko, że nasz test wykrywa nawet małe ilości patogenów, a więc we wczesnym stadium, kiedy łatwo chorego wyleczyć. Test robi to szybko, z dużą czułością. Siedzieliśmy nad tym pół roku. Nikt nie ma takich testów nie tylko w Polsce, ale i w Europie - więc zgłaszają się do nas ludzie ze Szwecji czy Norwegii. To się nam udało.

    Opatentowaliście ten test?
    Na razie próbujemy to zrobić w kraju. To są duże koszty. Najdrożej kosztuje rzecznik patentowy, który ocenia unikatowość pomysłu. A patent na Europę to są już koszty kolosalne. Będziemy się starali, ale…

    Znowu pojawia się temat pieniędzy. Nikt was nie wsparł?
    Poszły nasze prywatne pieniądze i kredyt komercyjny. Jedno urządzenie do laboratorium kosztuje kilkaset tysięcy. Nie zauważyłem, by jakiś bank był zainteresowany kredytowaniem takiej "naukowej" firmy, a jeszcze założonej przez tak młodych ludzi, bo mieliśmy po 29 lat. Te pierwsze dwa lata były naprawdę trudne - teraz będzie chyba pierwszy rok, który skończymy z saldem dodatnim. Staraliśmy się o dwa dofinansowania unijne, ale właśnie dlatego, że byliśmy zadłużeni, nie mogliśmy dostać tych pieniędzy i tak koło się zamykało. Nie zrażamy się jednak. Jesteśmy pasjonatami i ciągle inwestujemy. To urządzenie sprowadziliśmy z Australii - chyba nikt nie ma takiego w Polsce. Kosztuje około 200 tysięcy złotych. Choć to kilka dobrych aut, wystarcza mi stary opel, którego zresztą kupiłem dopiero, gdy urodziło mi się dziecko.

    A jak trafiliście do klientów?
    Przez internet, skończyłem też informatykę. Robiliśmy to sami, podobnie jak sami wpadliśmy na pomysł przygotowania zestawów wysyłkowych, tak że pobrać odpowiednią próbkę można wszędzie.

    Kleszcze to lato. Co robicie zimą?
    Zimą najwięcej jest ustalania ojcostwa i diagnozy zakażeń układu moczowo-płciowego. Dorobiliśmy się już 130 różnych badań genetycznych, które wykonujemy, wiele unikatowych. Żadne laboratorium w Polsce nie ma tak szerokiej oferty. Nastawiliśmy się na panele, to znaczy, aby za jednym badaniem wykluczyć jak najwięcej patogenów. Naszą dumą jest panel do zakażeń dróg oddechowych, szczególnie przydatny, gdy te zakażenia nawracają i dotychczasowe leczenie jest nieskuteczne. Drugi panel dotyczy właśnie zakażeń układu moczowo-płciowego. W jednym jedynym badaniu praktycznie testujemy wszystkie możliwe rodzaje zakażeń. Jesteśmy też w stanie błyskawicznie zdiagnozować, który z 65 możliwych patogenów wywołał sepsę i określić jego lekoodporność - takie szybkie opisanie "wroga" może uratować choremu życie.

    A jakie jest największe Panów rozczarowanie?
    Zaoferowaliśmy szpitalom test na patogeny sepsy do grudnia za darmo. Nie odezwał się żaden szpital, choć wiemy, że przypadki sepsy były… Dlatego w tym roku nastawiamy się na dotarcie do lekarzy. Będziemy jeździć na różne konferencje czy szkolenia i pisać do polskich czasopism lekarskich. Jest też dla nas trudne do przyjęcia to, że lekarz kieruje na badania pacjenta, którego przyjmuje prywatnie, ale tego, którego przyjmuje w ramach kontraktu już nie.

    Jak Pan ocenia możliwości założenia takiego biznesu "naukowego" w Polsce, szczególnie przez młodych ludzi?
    Ze wszystkim jest pod górkę. Wspiera się u nas mikrobiznes, ale taki tani, gdzie na rozruch wystarczy kilkadziesiąt tysięcy złotych. Chyba podświadomie nikt nie wierzy, że naukowcom może udać się dochodowa firma. Przed dwoma laty zatrudnialiśmy dwoje ludzi, to jest nas samych. Dziś jest już 14 osób.

    Jacek Wojciechowicz jest dyrektorem naukowym i współżałożycielem firmy Centrum DNA. Ostatnio firma zdobyła tytuł Lidera Innowacji w ogólnopolskim konkursie.


    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo