Szkoła spaliła się przez petardę

    Szkoła spaliła się przez petardę

    Agnieszka Świderska

    Głos Wielkopolski

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    - Przez telefon usłyszałem tylko, że pali się "dwunastka" - relacjonuje prezydent Piły, Zbigniew Kosmatka. - Jechałem na Podlasie i modliłem się, żeby to była stara "dwunastka", ale kiedy zobaczyłem wozy strażackie na Lelewela, już wiedziałem, że chodzi o nową.
    Budynek oddano do użytku zaledwie pięć lat temu. Wystarczyła jedna petarda, by puścić z dymem 7 milionów złotych. To najbardziej prawdopodobna przyczyna pożaru: część mieszkańców właśnie na szkolnym boisku świętowała Nowy Rok. Ktoś z nich odpalił petardę, która wpadła do drewnianej wieżyczki z zegarem. Celował czy trafił nieumyślnie? Sprawcy nie udało się ustalić i jest raczej mało prawdopodobne, by sam zgłosił się na policję.


    Była około godziny 1.30. kiedy w szkole po raz pierwszy włączył się alarm pożarowy. Pracownicy ochrony obeszli budynek, ale nie zauważyli niczego podejrzanego. Odjechali. Wrócili jednak już po kilku minutach. Wtedy zauważyli dym na wieżyczce i wezwali straż. Na Lelewela pojechały trzy wozy, podnośnik i drabina. Już na miejscu szybko podjęto decyzję o ściągnięciu posiłków z Ujścia, Kaczor, Wysokiej i Łobżenicy. Ci ostatni mieli do przejechania prawie 50 kilometrów. Mieli jednak coś, co w tej akcji było na wagę złota - ogrzewaną autopompę.

    Zwykłe autopompy przy tak niskiej temperaturze, jaka panowała podczas sylwestrowej nocy, okazały się bezużyteczne. Sama akcja przypominała horror: wystarczył jeden rozcięty wąż, by tryskająca z niego woda zamieniła strażaków w żywe sople, a takich węży, jak to bywa przy tak dużych akcjach, uszkodziło się kilka. Zamarzająca błyskawicznie woda utworzyła też wokół budynku prawdziwe lodowisko, a strażacy nie mieli przecież na nogach łyżew.

    Udało im się uratować pół budynku. Ogień "złapali" w jednym z trzech otworów, które wycięli w dachu. Drugiej strony nie mieli nawet szans uratować.
    - My widzieliśmy tylko dym, a tam musiało się już wypalać - mówi oficer operacyjny powiatu i rzecznik prasowy pilskiej straży st. kpt. Zbigniew Szukajło. -Zaledwie kilka minut po przyjeździe pierwszych zastępów złożył się dach. Kiedy dwa tysiące metrów kwadratowych dachu składa się i staje w płomieniach, niewiele możemy już zrobić. Dlatego ratowaliśmy to, co można było jeszcze uratować.

    Po stronie ognia zostało kilkanaście sal lekcyjnych, świetlica, biblioteka, gabinet dyrektora i wicedyrektorki oraz główny hol; po stronie strażaków hala sportowa, kilka pracowni i pokój nauczycielski. W poniedziałek, 5 stycznia, prawie 400 uczniów nie będzie miało dokąd wrócić.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Gorący temat

    Wideo