Ze skażonej wieprzowiny zrobił się pasztet

    Ze skażonej wieprzowiny zrobił się pasztet

    Elżbieta Sobańska

    Głos Wielkopolski

    Głos Wielkopolski

    Nie do 2, ale do 5 wielkopolskich zakładów przetwórstwa mięsnego trafiło mięso, które prawdopodobnie zawiera dioksyny. Takie są ustalenia wojewódzkich inspektorów weterynaryjnych.
    Wieprzowiną z Irlandii handlowała poznańska firma Janimex. Mięso kupiło od niej pięć zakładów, których produkty są bardzo dobrze znane nie tylko na wielkopolskim rynku. Chodzi o firmę Mróz z powiatu gostyńskiego, Smakosz z Michorzewa, Malko z Książa Wielkopolskiego, Zakłady Mięsne Kołodziejczak z Grzegorzewa oraz firmę Profi z Grabowa.

    Wczoraj do firm wkroczyli inspektorzy weterynaryjni. - W zakładach znaleźliśmy jeszcze niewykorzystane surowce, zablokowaliśmy też część gotowych towarów - wyjaśnia Wojciech Wasiewicz z Wojewódzkiego Inspektoratu Weterynarii w Poznaniu. - Teraz ustalamy, do jakich sklepów mogły trafić wyroby. Sprawa dotyczy mięsa sprowadzonego po 1 września tego roku, więc jest prawdopodobne, że część już została dawno zjedzona przez klientów.

    - O całej sprawie zostaliśmy poinformowani we wtorek - mówi Danuta Dziurlaj, zastępca prezesa do spraw produkcji w Profi. - Obecnie wszystko sprawdzamy, a także wstrzymaliśmy sprzedaż mięsa oraz produktów.

    Na razie nie wiadomo, ile skażonej dioksynami wieprzowiny trafiło do zakładów. Próbki zatrzymanego przez inspektorów mięsa zostały przesłane do Państwowej Inspekcji Weterynaryjnej w Puławach, gdzie zostaną zbadane. Wyniki będą znane w ciągu kilku dni. Z kolei firma na bieżąco współpracuje z inspektorami weterynaryjnymi.

    - Zobaczymy, jak się to wszystko potoczy. Nie wiadomo przecież, czy w wieprzowinie w ogóle są dioksyny. To mięso jest jednym z wielu składników naszych wyrobów, które zawierają go nie więcej niż 5 procent - tłumaczy Dziurlaj. - Zależy nam jednak na prestiżu firmy i nie chowamy głowy w piasek. Dlatego podejmiemy takie kroki, aby zapobiec temu, co się może wydarzyć.

    Początkowo do Wielkopolski miało trafić około 22 ton skażonego mięsa. Wkrótce jednak okazało się, że wieprzowiny jest około 4 ton. Specjaliści podkreślają, że stężenie dioksyny jest na tyle niskie, że nie zaszkodzi zdrowiu.

    Doniesienia o toksycznych związkach w wieprzowinie odbiją się zapewne na branży mięsnej. Także w innych regionach w zakładach są wzmożone kontrole, a partie z trefnym boczkiem lub wątrobą zatrzymywane przez służby weterynaryjne. Producenci boją się, że jest to cios wymierzony w nich tuż przed świętami.

    - Nie możemy mówić o jakiejkolwiek teorii spiskowej - uważa profesor Janusz Buczyński z Katedry Hodowli i Produkcji Trzody Chlewnej z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. - Tutaj zadziałało prawidłowe funkcjonowanie unijnego systemu wczesnego ostrzegania. Może to ograniczyć popyt na wieprzowinę, jak kiedyś na wołowinę z powodu BSE. Trzeba to jednak potraktować jako sygnał ku przestrodze dla przemysłu mięsnego, by nie opierać się na niesprawdzonych dostawach.

    Buczyński twierdzi, że choć tym razem stężenie jest nieduże, to mięso trzeba wycofać z rynku.
    - Musielibyśmy jeść pasztety lub boczek w dużych ilościach lub przez długi czas - mówi profesor. - Dioksyna to trucizna, nawet w niewielkich ilościach zostanie w organizmie. Związki kumulują się i z czasem mogą dać negatywny efekt.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo