Prezenty i lek dla Ryby

    Prezenty i lek dla Ryby

    Marcin Kostaszuk

    Głos Wielkopolski

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    Czwartek, godzina 16.20. Przed klub Eskulap podjeżdża karetka. Lekarka kieruje się prosto do garderoby artysty, który za cztery godziny ma wyjść na estradę. Ma podać mu niezbędny, przepisany w Niemczech medykament, o który od kilkunastu godzin organizatorzy starali się wszędzie, łącznie z Ministerstwem Zdrowia.
    Na miejscu okazuje się, że lek został źle opisany przez niemieckiego lekarza, trzeba szukać innego... Uprzedzając dalszą opowieść - wokalista w końcu pojawił się na estradzie i pozostał na niej prawie trzy godziny, co świadczy o tym, że polskim lekarzom udało się postawić go na nogi.

    To mogło się przydarzyć tylko Fishowi i tylko w Poznaniu. To tutaj 21 lat temu prawie go aresztowano za chodzenie po trawniku przed operą, a kilkanaście lat później jeden z jego muzyków odniósł poważną kontuzję.
    Wczoraj pozamuzycznych przygód - oprócz medycznej - było jeszcze więcej. Na spotkaniu z fanami pojawili się na przykład tajemniczy posłańcy z wielką walizką. Niektórzy podejrzewali bombę, prawda była jednak ciekawsza: usłyszawszy o znanej w kręgach fanów słabości Fisha do żubrówki, jej producent przysłał mu elegancki zestaw z pięcioma butelkami, ubranymi w kurteczki autorstwa znanej projektantki mody Violi Śpiechowicz. Mina wokalisty (na mniejszym zdjęciu) mówi wszystko.

    Drugi podarunek były wokalista Marillion dostał podczas koncertu. Przed bisami Marek Cieślak, szef jego fanklubu (i bohater naszego reportażu o superfanach w zeszłotygodniowym "Magazynie"), wręczył muzykowi bogato ilustrowaną książkę, dokumentującą jego koncertowe wizyty w Polsce. Z okazji tej ostatniej, już pięćdziesiątej...

    - Trasa to ciężka praca. Jeździmy po całej Europie tylko po to, by co wieczór spędzić dwie godziny na estradzie. Chcę wam powiedzieć, że dzięki wam, tu w Polsce, te dwie godziny są wspanialsze niż gdzie indziej. Za to właśnie chciałbym podziękować - mówił wzruszony Fish i każdy z około 500 widzów wiedział, że nie jest to typowa, zdawkowa uprzejmość zagranicznego gościa.

    W Eskulapie wystąpił bowiem facet, który - mimo naprawdę udanej, ostatniej płyty "13th Star" - najlepsze lata ma za sobą. Długo śpiewał nieźle, ale zagrane przed bisami dwa klasyczne nagrania Marillion "Kayleigh" i "Lavender" tylko wyszeptał, niesiony entuzjazmem publiczności. Długie przerwy między piosenkami wypełniał dowcipami, często już znanymi z dawniejszych wizyt. Mógł sobie na to pozwolić z jednego powodu - kochający jego rubaszne usposobienie Polacy traktują go od dawna jak przyjaciela, który od czasu do czasu wpada na sentymentalny wieczór wspomnień dawnych dobrych czasów, gdy płyty nagrywało się w całości z Trójki, a Piotr Kaczkowski podpowiadał, kiedy przełożyć kasetę na stronę B. Fish to symbol tamtych czasów i tej miłości nic już nie zniszczy .

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo