Galeria faworytów

    Galeria faworytów

    Robert Domżał

    Głos Wielkopolski

    Głos Wielkopolski

    Jacek Wichłacz, z lewej, i Marek Witkiewicz po ubiegłorocznym Skandia Maratonie w Chodzieży
    1/3
    przejdź do galerii

    Jacek Wichłacz, z lewej, i Marek Witkiewicz po ubiegłorocznym Skandia Maratonie w Chodzieży ©Robert Domżał

    Już tylko kilkadziesiąt godzin pozostało do rozpoczęcia maratonu w Gnieźnie. Na co poświęcić ten czas? Kto jest faworytem?
    W przededniu startu zdecydowana większość zawodników wypoczywa. To czas na kumulowanie energii. jak to zrobić. Zazwyczaj już na trzy dni przed startem warto zwiększyć ilość węglowodanów w potrawach jakie spożywamy. To one zamieniają się w czasie wyścigu w energię.

    Pamiętajmy też by pić wodę, małymi łykami, ale często. W dniu startu śniadanie najlepiej jest zjeść na trzy godziny przed rozpoczęciem maratonu. I jeszcze jedno. Przed startem należy się wyspać.
    A kto w Gnieźnie będzie faworytem?

    W kategorii M6 pewnie należy go upatrywać w Jacku Wichłaczu z Poznania. Dobrą dyspozycję udowodnił w Zabierzowie. Lepsi od niego byli tam tylko Zbigniew Krzeszowiec i Grzegorz Napierała z podpoznańskiego Bolechówka.

    W czym tkwi tajemnica dobrej formy w przypadku Jacka Wichłacza? Lata aktywnej rekreacji, jazdy na rowerze, a wcześniej również wspinaczki po górach. I to nie byle jakich, ale najwyższych z najwyższych. Pierwszy trzy tygodnie kwietnia Jacek Wichłacz, jak przystało na górala mtb spędził w Himalajach.

    - Po tych górach rowerem się nie da jeździć. Już samo chodzenie przysparza sporo wysiłku. Ekspedycja z jaką poznaniak wyruszył w najwyższe pasmo na kuli ziemskiej składała się z ludzi, którym pot zalewający czoło nie jest obcy. Dlatego to co inni pokonują w 10 dni oni przeszli w niespełna tydzień czyli dni sześć. A celem były okolice Mount Everestu. Ale zanim dotarli w okolice, w których królował lód i kamień ich oczom ukazywały się różaneczniki po trzykroć większe od tych jakie rosną w parku przy kórnickim zamku.

    - Już drugiego dnia po wyjściu z Lukhli poczuliśmy zmęczenie. Ale to przecież było ciągle podchodzenie i schodzenie . I tak mieliśmy szczęście, bo nie dopadł nas ani ulewny deszcz, ani śnieżyca. Pod wodzą Jacka Telera doświadczonego himalaisty uczestnicy wyprawy najpierw stanęli na szczycie o nazwie Kalapatar 5500 mnpm, a później wyruszyli na szczyt nieco wyższy czyli Island Peak (???) 6180 m npm. Nie wszyscy uczestnicy wyprawy dotarli do szczytu.

    - Okazało się, że na wejście potrzebowałbym godziny może dwóch godzin więcej. Niby niewiele, ale mieliśmy wyznaczony termin odlotu samolotu. Będąc więc niespełna 300 metrów pod szczytem postanowiłem zawrócić - mówi Jacek Wichłacz.

    Będąc w okolicach Mount Everestu i Lhotse mieli okazje zobaczyć tablicę upamiętniającą Jerzego Kukuczkę, Rafała Chołdę i Czesława Jakiela czyli polskich himalaistów, którzy w różnych latach zginęli na Lhotse. Później było zdecydowanie radośniej , ponieważ spotkali Krzysztofa Wielickiego, który w rejon Czomolungmy prowadził komercyjną wyprawę.

    Po kilkutygodniowym pobycie na takich wysokościach organizm produkuje więcej czerwonych krwinek. A to oznacza, że do mięśni dociera więcej tlenu. Stać je więc na większy wysiłek. Czy tak będzie w Gnieźnie?

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo