Znowu wiosna i znowu matura. Nic nie byłoby w tym dziwnego, gdybym co roku nie musiała przeżywać maturalnego stresu. Zastanawiacie się pewnie dlaczego? Od 1997 roku (wtedy zdawałam własny egzamin dojrzałości) z dwuletnią przerwą, co roku "przystępuję" do próbnych, specjalnych i majowych matur. I co roku się denerwuję. Podwójnie. Mało tego. Zakładam białą bluzkę.
Maturalny pierwszy raz - Egzamin dojrzałości 1997 rok. Poznań. XII Liceum Ogólnokształcące. Oj, działo się wtedy. Mimo to, wspominam tamte tygodnie bardzo miło. A zaczęło się zupełnie niewinnie...
... Najpierw była Msza św. Zamiast w skupieniu modlić się, wymienialiśmy między sobą "pewniaki" - których, tradycyjnie (!) nie było - potem, sprawdzaliśmy, czy kilometrowe ściągi są, według ściągi - matki, we właściwej kieszonce...
-
Bartek, nie jedz! - upominała pani profesor -
jeszcze się egzamin, nie zaczął... -
Ale, ja muszę - ripostował -
to z nerwów... Ojjj - jęknęła cała klasa -
pytania przyszły... Ku naszemu pozytywnemu rozczarowaniu, tematy były cudownie proste i każde z nich przyjmowaliśmy z oklaskami. Efekt: wszyscy zdali! Drugi dzień matur okazał się już bardziej stresujący. Nie zapomnę, jak sprawdzając listę obecności, zamiast: Katarzyna Sklepik, usłyszałam... Krystyna... i choć, wszyscy wiedzieli, że chodzi o mnie, przez moment zamarłam. Pomyłka imienia nie była przypadkowa, bowiem wychowanie fizyczne w pierwszej klasie miałyśmy właśnie z panią Krystyną Sklepik. I choć przez całą pierwszą lekcję usiłowałyśmy znaleźć pokrewieństwo, nie doszukałyśmy się wspólnych przodków. Jednak na ustnym egzaminie z historii, nerwy brały górę nad wiedzą. Jedna z moich koleżanek, na pytanie: Wymień i krótko scharakteryzuj prezydentów II Rzeczpospolitej, odpowiedziała:
Naruszewicz, Mościcki, Bierut, Gierek i Wałęsa. Pani profesor przerażona mówi:
Julka, co Ty mówisz? A ona na to:
A co, za mało?
Maturalny piąty raz. Moje pierwsze spotkanie z Nową Maturą. Rok 2001. Mój szef stwierdził, że będę reprezentować gazetę na egzaminie z języka polskiego. Takim pokazowym, który miał zaprezentować nową formułę egzaminu, która już niebawem zastąpiła stary egzamin dojrzałości. Swoją maturę z języka polskiego zdałam na piątkę, więc wydawało mi się, że i ta nowa matura nie będzie trudna. Wtedy - moim zdaniem - była łatwa i nie sądziłam, że mogłaby przysporzyć maturzystom kłopoty. Na 18 możliwych punktów zdobyłam tylko (lub aż!) 16 punktów. Swoim niezadowoleniem podzieliłam się z moją polonistką z liceum, Dorotą Mechlińską, którą po latach miałam przyjemność spotkać właśnie na nowej maturze. Pani profesor uśmiechnęła się i powiedziała, że to bardzo dobry wynik...
Maturalny dwudziesty piąty raz. Rok 2010. Moje uczennice przygotowują się do egzaminów. Podczas ostatniej powtórki na zajęciach, wszystkie denerwowałyśmy się - nie pytaniami, które będą na teście, ale liczbą punktów jakie zdobędą. Bo to ważne dla wszystkich. Dla maturzystów - bo od ich ilości zależy, czy dostaną się na wymarzone studia, czy nie. I dla szkół - bo im wyższy wynik, tym lepsze miejsce w rankingu. Większy prestiż. Lepsza opinia. Więcej chętnych do uczenia się w tej szkole.
W dzień egzaminu z wiedzy o społeczeństwie byłam w redakcji. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca, trzymałam kciuki i odliczałam minuty do końca matury. Czekałam na sygnał od dziewczyn: co było i jak im poszło. Mój stres przerwał telefon. To była Klaudia. Uczennica, o której "punkty" najbardziej się bałam. Zanim odebrałam, zerknęłam na zegarek.
O matko, jeszcze przecież piszą - pomyślałam.
-
Dzień dobry - usłyszałam w słuchawce. -
Już jestem po. Test był prosty, co prawda nie poszły mi organizacje międzynarodowe, ale temat był super, dużo napisałam.
Wyniki zdobyte przez dziewczyny też były super. Wszyscy byli zadowoleni, a one najbardziej, bo dostały się na swoje wymarzone studia.
Maturalny dwudziesty siódmy raz. Maj 2011 rok. Pomyślicie, tyle matur, tyle testów, co roku - prawie te same zasady. To już rutyna. Nie ma się czym przejmować. To prawda. Mimo to, denerwuję się. Zastanawiam się czy zadania zamknięte, czyli te w których trzeba wybrać poprawną odpowiedź spośród podanych, nie będą podchwytliwe. Czy zadania otwarte - te, w których pracuje się z tekstem źródłowym będą ciekawe, a dane w nich zawarte przejrzyste. Czy sobie poradzą? Czy nie przekombinują odpowiedzi. Czy uda im się trafić w klucz. No właśnie, klucz - przekleństwo każdego maturzysty. Dawniej, podczas starego egzaminu dojrzałości, uczeń miał możliwość a nawet musiał wykazać się wiedzą, umiejętnościami i własną interpretacją tekstów literackich, faktów i opisywanych zjawisk. Musiał umieć wyciągać wnioski.
A teraz musi trafić w klucz. Zgadnąć - opierając się na własnej wiedzy, oczywiście - co autor testu miał na myśli. Co roku, na klucz narzekają uczniowie i nauczyciele. Bo klucz ogranicza, nie pozwala myśleć. A polecenia zadań nie są precyzyjne. Bo skąd uczeń ma wiedzieć, że jeśli w poleceniu jest napisane wymień społeczne, polityczne i gospodarcze przyczyny bezrobocia, to trzeba z każdej grupy podać minimum trzy przyczyny? Wie to tylko klucz. Klucz jest nieomylny. W końcu jego twórcy wiedzieli lepiej, co Wisława Szymborska miała na myśli. Nasza noblistka - podczas jednej z ostatnich matur z języka polskiego - za interpretację swojego wiersza dostała tylko 60 procent punktów. Czyżby klucz był nadinterpretacją, niepozwalającą na własne postrzeganie świata?
Maturzyści, trzymam za Was kciuki.