Zanussi nie wybiera się na emeryturę

    Zanussi nie wybiera się na emeryturę

    Zdjęcie autora materiału

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    Na ekrany kin wchodzi "Czarne słońce", natomiast na premierę wciąż czeka nakręcona dwa lata temu "Rewizyta". Czy współczesny widz nie czeka już na filmy Krzysztofa Zanussiego? O tym z reżyserem rozmawia Jacek Sobczyński
    Krzysztof Zanussi: Wciąż większość widzów unika kina ambitniejszego

    Krzysztof Zanussi: Wciąż większość widzów unika kina ambitniejszego ©Tomasz Hołod

    W Pańskim "Sercu na dłoni" młody chłopak chce popełnić samobójstwo, bo nie wie, jak żyć. W "Rewizycie" ta sama postać odwiedza dawnych bohaterów Pana filmów, szukając u nich recepty na lepsze życie. Czy i Pan spotkał się kiedyś z taką prośbą pomocy?
    I to nieraz. Takie pytania są potwornie zobowiązujące, trzeba bardzo uważać, żeby jedną nietrafioną diagnozą nie popsuć nikomu życia. Wie Pan, jak to wygląda: przychodzą młodzi do starego człowieka, który ma doświadczenie i powinien coś wiedzieć. A życie nie daje prostych odpowiedzi.

    Ale już pytania mogą być bardzo proste.

    Tak, ale mógłbym zadawać je codziennie, a stały bieg wydarzeń powodowałby, że dostawałbym za każdym razem inne odpowiedzi.
    Zresztą od pewnego czasu prowadzę takie osobliwe wykłady. To moda, która przyszła z Ameryki, zresztą tam też miałem okazję to robić. Prowadzę konserwatoria, w których zadaję pytanie, czy można w życiu dopatrzyć się reguł, kto zwycięża, a kto przegrywa, kto się wyłoży i nie wstanie, a kto pozbiera się w mgnieniu oka.

    Z nich czerpał Pan inspirację do "Rewizyty"?

    Nie, od zawsze zastanawiam się, jaka recepta na życie zwycięża, a jaka przegrywa. Dla artysty to najciekawsze, co może być: dialog z człowiekiem, który pyta, jak żyć. Z pomocą kilku przykładów być może jestem jakoś w stanie mu pomóc. A może nie, w końcu nie mam na to patentu.

    To pytanie pada wielokrotnie w Pańskim filmie...

    Bohater chce wiedzieć, czym jest życie udane. A czym jest zmarnowane? I czy w ogóle życie może być zmarnowane? Może wtedy, kiedy ktoś miał warunki wyjściowe wręcz cudowne i wszystko zepsuł. A inni odwrotnie - pomimo fatalnego startu osiągnęli sukcesy.

    Zostańmy jeszcze przy "Rewizycie", filmie, który jeszcze nie wszedł do oficjalnej dystrybucji, ale był już wyświetlany na wielu pokazach specjalnych. Zdementuje Pan plotki, że to Pańskie rozliczenie się z karierą?
    Oczywiście. W żadnym wypadku nie zamierzam jeszcze iść na emeryturę.

    W takim razie dlaczego powrócił Pan do swoich starych bohaterów? Czy dziś młodzi nie mają już nic ciekawego do powiedzenia?

    Ależ mają! Poszukują, zadają pytania, są głodni wiedzy o świecie. Tyle że mnie przy kręceniu "Rewizyty" interesowało coś zupełnie innego. Chciałem zanotować upływ czasu, a kino potrafi to robić z wielką siłą. I potem, siedząc w ciemnej sali, ma się to poczucie niesamowitości: jak to, oni są już starzy, a w starszych filmach byli przecież tacy młodzi? Żadna inna sztuka nie potrafi tak pięknie zanotować procesu przemijania. I to mnie właśnie najbardziej w "Rewizycie" cieszy. Myślę, że zderzenie tych samych osób kiedyś i teraz może być w niej najciekawsze. Pyta Pan, czy młodzi nie mają niczego do powiedzenia. Mają, ale współczesna kultura popularna zmusza ich do sypania modnymi, chwytliwymi "tekściorami". A przecież są widzowie, którzy idą do kina, żeby złapać z filmu jakąś niegłupią myśl. Proszę mi wierzyć, że zawsze się cieszę, kiedy ktoś zacytuje mnie albo mój film.

    Aż kusi, żeby w tym momencie zapytać o Pańską ocenę współczesnego kina...

    To jest zaproszenie do sądzenia, a ja nie zajmuję się sądem, nie stawiam tych gwiazdeczek przy recenzjach, co swoją drogą uważam za wyjątkowo marny obyczaj. Kino jakie jest, każdy widzi. Mamy trochę publiczności o prymitywnych gustach i to kino takową obsługuje. Ale tak jest w każdym kraju. Zresztą narzekanie na filmy pamiętam jeszcze z dzieciństwa. Dlaczego? Bo filmem wszyscy się interesują. Gdyby ludzie chodzili więcej do teatru, narzekaliby i na niego, ale tego nie robią. Tak samo, jak niewielki procent widzów chodzi na koncerty z muzyką symfoniczną. A pytanie, czy kino jest dobre, jest w gruncie rzeczy mało treściwe. Bo skoro jest rozmaite, skoro ma publiczność, skoro podoba się różnym grupom społecznym?

    To może chociaż da się Pan namówić na krótką opinię na temat dzisiejszego odbiorcy? Bardzo różni się od tego, który lata temu stał w kolejce po bilety na Pańskie "Barwy ochronne" czy "Iluminację"?
    Jest w widzach pozytywna przemiana, którą - wydaje mi się - świat niezbyt dostrzega. Zasięg ludzi, mających styczność z kulturą, pomnożył się niebywale. Dawniej tego po prostu nie było! Reżyserzy ambitnych filmów obcowali tylko z elitą. W tej chwili mamy do czynienia z ogromną rzeszą widzów, która się podniosła i ogląda wszystko. Oczywiście to również jest ta rzesza, która na serialach uczy się świata i dowiaduje czegoś więcej niż to, co dzieje się w obrębie ich miejsca zamieszkania. To jest pozytywna i ogromna ilościowo przemiana. Ale jak każda zmiana, także i ta pociągnęła za sobą wysoką półkę. Dawniej robiłem filmy, które miały podobać się inteligencji. A dziś mamy masowego widza, który dopiero dorasta. Era Nowe Horyzonty czy festiwal w Kazimierzu to dowód, że wyrastają nam nowe elity. Te imprezy ściągają masę młodzieży ambitnej, myślącej, czasem nawet biednej, ale chcącej dowiedzieć się czegoś ciekawego.

    Swoją drogą to niezły paradoks: mówi Pan, że dawniej nie kręcił filmów dla widza masowego. Tymczasem na wspomnianej przez Pana Erze Nowe Horyzonty dwa lata temu odbyła się retrospektywa Pańskich filmów. Ja też stałem wówczas w długaśnej kolejce po bilety, czując się jak typowy widz masowy.

    Tyle że w skali ogólnokrajowej te masy na festiwalu były, niestety, tylko wycinkiem. Wciąż większość widzów unika kina ambitniejszego. Ale przecież, na dobrą sprawę, tak było zawsze. Proszę zauważyć, że nawet za czasów Mozarta i Haydna aż roiło się od takich ówczesnych Dód, które śpiewały po różnych zajazdach czy hotelach. Tłum płacił za ich występy, tymczasem Haydn czy Mozart inkasowali ogromne honoraria za pisanie dla 80 osób. I my ich dziś pamiętamy, w odróżnieniu od tych piosenkareczek. Ten proces się nie zmienia, tylko proporcje ulegają przewartościowaniu. Dziś nie ma biskupów, którzy zamawiają sztuki za pieniądze. Ode mnie, na przykład, pan Kulczyk też nie zamówi filmu, choć bardzo bym tego chciał (śmiech). Ale może jego wnuczka już tak? Zwróćmy uwagę, że Carnegie Hall czy Metropolitan Opera są utrzymywane także przez prywatnych przedsiębiorców, którzy wykładają duże sumy na kulturę. Są mecenasami sztuki, którą przez to naprawdę bardzo kochają.

    Wspomniał Pan o Dodzie. Nie zrobiło się Panu przykro, kiedy media jak jeden mąż zainteresowały się Pańskim "Sercem na dłoni" tylko dlatego, że zagrała w nim Doda?
    Ten film padł ofiarą ogłupienia. No bo cóż nadzwyczajnego w tym, że popularna piosenkarka pojawia się w filmie. Ale dziwnie nikt nie chciał zapytać, po co. Ludzie twierdzili, że przez Dodę chcę kupić sobie publiczność. Przecież to jakaś głupota! Krytyka obeszła się z tym filmem bardzo nieuważnie. Nawet ci, których cenię, napisali na temat "Serca na dłoni" niewiarygodne bzdury, pomylili fakty, wspomnieli, że Doda zagrała główną rolę. Tak już jest, kiedy wszyscy oglądają wszystko w pośpiechu. Ktoś coś zobaczy, usłyszy, napisze i tekst gotowy. No trudno, nie mamy dziś zbyt wielu krytyków kontemplacyjnych. Nie pierwszy raz przytrafił mi się taki rejwach medialny, wrzask z niewiadomego powodu. Na przykład sprawa Polańskiego. Podczas rozmowy z Moniką Olejnik może niepotrzebnie powiedziałem, że ofiara była młodocianą prostytutką, a jej matka stręczycielką. Ale to wynika z akt procesu, a nie jest żadnym moim wymysłem. Ile pomyj wylało się na moją głowę, ile piór rzuciło się do pisania - w tym pani Środa, która na łamach poczytnego pisma "Fakt" stwierdziła, że jestem Lepperem polskiej kultury. A przecież ja Polańskiego nie broniłem! Bardzo go lubię, ale w tej sprawie nie mogłem go bronić. Na tym polega tabloidyzacja rynku, czyli podejmowanie wszystkiego na chwilę, z wrzaskiem i w najbardziej uproszczony z możliwych sposobów. A swoją drogą kiedyś w Bydgoszczy zwrócono mi uwagę, żebym nie wypowiadał się o sprawach polskich, bo mam obco brzmiące nazwisko (śmiech).

    Denerwuje się Pan, słysząc takie rzeczy?

    Udaję, że nie (śmiech).

    Ta sama Magdalena Środa wypowiedziała się ostatnio dość negatywnie na temat Poznania. Okiem przybysza z zewnątrz - czy według Pana to miasto jest widoczne na mapie kulturalnej kraju?
    Nie może nie być zauważone, to nie jest miasto sztuczne. Na przykład Warszawa to poniekąd miasto młode i właśnie sztuczne. Mało mamy w Polsce miast korzennych, to np. Kraków i właśnie Poznań - miejsce z prawdziwym mieszczaństwem. Ja jestem człowiekiem z korzeniami mieszczańskimi, z tradycją i tego miasta w mieście czasem mi w Warszawie brakuje. Co innego Poznań, gdzie mamy silnie kultywowaną tradycję rodzin od pokoleń. To jest coś, co dla Polski jest bardzo ważne! Wy tego nie zauważacie, bo macie to na co dzień. A ja szczerze Wam tego zazdroszczę.

    Rozmawiał Jacek Sobczyński


    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo