Poznań: Ukradli pieniądze z... pieca

    Poznań: Ukradli pieniądze z... pieca

    Agnieszka Smogulecka

    Głos Wielkopolski

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    Sto tysięcy złotych oraz złoty zegarek, kilkanaście pierścionków i obrączek wartych kolejnych ponad 50 tysięcy złotych, zrabowano mieszkańcowi starych Jeżyc. Złodziei szuka teraz policja.
    Poznańskie Jeżyce. Budynek, jakich w okolicy wiele. To tam mieszka pan Mirosław*. Mieszka samotnie, ale często spotyka się ze znajomymi. Zdarza się, nawet dość często, że piją alkohol, ale ponoć w niewielkich ilościach.

    Pan Mirosław ma pieniądze. Choć jest rencistą, zbiera je od kilku lat - spore kwoty miał otrzymywać od rodziny, która w ratach spłacała jego część spadku, prawa do nieruchomości. Mężczyzna nie pomyślał jednak, by je odpowiednio zabezpieczyć.
    Zamiast wpłacić gotówkę do banku, wkładał pieniądze do kasetki, a kasetkę - do pieca kaflowego. Tam trzymał również stary, pamiątkowy, złoty zegarek oraz złotą biżuterię. Nie przypuszczał, by sąsiedzi lub ktokolwiek inny wiedzieli, że ma sporo pieniędzy. Jak zeznawał, nikomu nie mówił o spadku, a tym bardziej - o miejscu przechowywania gotówki. Jednak majątek - jak się okazało później - nie był tajemnicą dla sąsiadów. Czy także dla innych osób z którymi się spotykał? Prawdopodobnie od kogoś dowiedzieli się o pieniądzach bandyci.

    Pierwsze ostrzeżenie padło ponoć w styczniu. To wtedy do pana Mirosława przyszedł kolega. Mówił, że słyszał pogłoski, że "jacyś ludzie" szykują się na kradzież jego pieniędzy. Wtedy mężczyzna postanowił działać. Nie poinformował o ostrzeżeniu policji, ale wyniósł z domu kasetkę z gotówką i precjozami. Swój majątek powierzył znajomym. Minęły kolejne dni. Pan Mirosław powtarzał, że trzeba będzie wpłacić pieniądze do banku, ale nie zrobił tego. Odebrał kasetkę, ukrył ją w stałym miejscu. Jeszcze wtedy nie spodziewał się, co wydarzy się pod koniec lutego.

    Pewnego dnia przed południem mężczyzna usłyszał dzwonek do drzwi. Otworzył. Zobaczył dość młodego mężczyznę, w czapce na głowie. Nieproszony gość psiknął mu w oczy gazem łzawiącym, przeklinał, uderzył pana Mirosława w twarz. Razem z wspólnikiem wbiegł do mieszkania. Związali pana Mirosława. Ręce i nogi skrępowali kablem elektrycznym i ubraniami. Wiedzieli, czego i gdzie szukać. Nie splądrowali mieszkania, pobiegli prosto w stronę pieca. Wyciągnęli kasetkę i zaczęli uciekać. Po drodze zniszczyli telefon komórkowy domownika.

    Pan Mirosław uwolnił się sam, pobiegł po pomoc do sąsiadki. Kobieta wezwała policję. Ruszyła machina śledcza. Policjanci przeprowadzili oględziny mieszkania, zabezpieczyli ślady, które mogli zostawić bandyci. Informację o dwóch podejrzanych podali załogom patrolującym miasto. Bez skutku.
    - To działo się tak szybko - mówił roztrzęsiony pan Mirosław. Miał zaczerwienione oczy, opuchniętą twarz. - Nie znałem ich. Nie pamiętam, jak wyglądali. Nie przypominam sobie, by zwracając się do siebie, używali imion czy pseudonimów.

    Policjanci nadal próbują rozwikłać tę kryminalną zagadkę. Sprawdzają, ile dokładnie pieniędzy miał pan Mirosław, kto mógł o nich wiedzieć. Apelują też, by nie trzymać w domu większych kwot, by o pieniądzach i miejscu ich przechowywania nie rozmawiać z obcymi (ani przy dzieciach, które nieświadomie mogą zdradzić tajemnice). Niestety, naiwność znów była brzemienna w skutki.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo