Janusz Subicz: Żyje ze stemplem Piny Bausch

    Janusz Subicz: Żyje ze stemplem Piny Bausch

    Stefan Drajewski

    Głos Wielkopolski

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    Janusz Subicz podczas warsztatów z tancerzami Polskiego Teatru Tańca w Poznaniu

    Janusz Subicz podczas warsztatów z tancerzami Polskiego Teatru Tańca w Poznaniu ©Grzegorz Dembiński

    Z Januszem Subiczem, tancerzem, aktorem i choreografem, nie tylko o Pinie Bausch, rozmawia Stefan Drajewski.
    Janusz Subicz podczas warsztatów z tancerzami Polskiego Teatru Tańca w Poznaniu

    Janusz Subicz podczas warsztatów z tancerzami Polskiego Teatru Tańca w Poznaniu ©Grzegorz Dembiński

    Polscy tancerze w latach 70. ubiegłego stulecia, kiedy mieli dość klasyki, jechali do Poznania, do Conrada Drzewieckiego. Pan pojechał dalej: do Francji a potem do Piny Bausch.

    Będąc na etacie w Teatrze Wielkim w Warszawie szybko zorientowałem się, że świat się zmienił, a ja pracuję w muzeum. Największą frustracją były występy zagranicznych zespołów w Polsce, które odegrały w moim życiu większą rolę niż działalność Wolnej Europy.
    Szybko skupiłem wokół siebie podobnie myślących ludzi i zaczęliśmy poszukiwać. I tak powstał - ku niezadowoleniu dyrekcji - zespół tańca nowoczesnego w teatrze, który zrealizował jeden spektakl "Jak Gdyby". A potem, były już poszukiwania swojego miejsca we Francji, które zawiodły mnie do Piny Bausch do Wuppertalu.

    Spędził Pan w Tanztheater Wuppertal 15 lat.

    Byłem u Piny, kiedy trzeba było tłumaczyć światu, że to co robimy, ma sens. To były czasy pionierskie, kiedy publiczność po zakończeniu spektaklu krzyczała, protestowała, obrażała nas... Wtedy akcja teatralna miała wiele wspólnego z tym, co się dookoła działo na świecie. Każda sztuka Piny to część naszego życia, a nie produkt.

    Pina Bausch zmarła w 2009 roku. Co się stało z jej teatrem?

    Funkcjonuje nadal. Moja żona jest w nim a ja współpracuję. Jak długo będą w nim tancerze wybrani i ukształtowani przez Pinę, tak długo będzie istniał.

    Ale, jeśli nie będą powstawały nowe spektakle, istnieje taka możliwość, że teatr zamieni się w muzeum.

    Wszystko może zamienić się w muzeum. Spektakle, które Pina zrobiła 35 lat temu są ciągle żywe, aktualne, nie wykazują żadnych zmarszczek i są pożądane na całym świecie. Ludzie chcą je oglądać i mają szacunek. Teraz już nie potrzeba lidera. Ten potrzebny jest na początku, aby robić coś nowego, by iść naprzód.

    Jak określić to, co robiła Pina Bausch?

    Pina nauczyła nas jednego - nie wolno niczego szufladkować, zwłaszcza w słowach. Każde słowo pozornie wyjaśnia i otwiera a jednocześnie zamyka. Ona bardzo mało mówiła, nie dyskutowała, nie próbowała zaistnieć w słowach ani przed tancerzami, ani przed dziennikarzami, których - jak przychodzili po wywiad - najczęściej wyrzucała. To, co robiła, trzeba zobaczyć, poczuć, usłyszeć. Najważniejsze są emocje. Słowa mogą oszukiwać. Sztuki Piny ogląda się tak samo, jak słucha się muzyki.

    I dlatego krytycy mają kłopot z opisaniem tego zjawiska?

    Oczywiście.

    Przez tydzień pracował Pan z tancerzami Polskiego Teatru Tańca. Czego Pan ich uczył?


    Od kilkunastu lat prowadzę niezależną działalność artystyczną i edukacyjną, ale stempel Piny Bausch pozostanie przy mnie na zawsze. Wszyscy myślą, że ja pokażę metodę Piny Bausch. A coś takiego nie istnieje. Mnie się czasami wydaje, że wiem, o co chodziło, a czasami nie. Mieliśmy różne lekcje, ale potem Pina przez ciało tancerza oglądała świat i budowała swoje sztuki. Mam jednak świadomość tego stempla i bardzo często w takiej roli bywam zapraszany do prowadzenia zajęć z tancerzami. A mnie interesuje coś innego, taniec, który ma coś wspólnego z dzisiejszym światem, człowiekiem, jakim tancerz jest dzisiaj a nie kukłą tańczącą. Uczyłem się wielu technik tańca, filozofii, estetyk... Unikalne jest to, czego się nauczyłem ponad 30 lat temu u Piny Bausch. Cały zespół pobierał lekcje u pedagogów - tancerzy z zespołu Joossa, którzy wykształcili się w technice niemieckiego ekspresjonizmu pochodzącej od Rudolfa Labana. Nikt już w tym nie pracuje. A jest to technika bardzo interesująca na dzisiejsze czasy. Czym ta technika jest, najlepiej pokazuje "Święto wiosny" Stawińskiego w choreografii Piny Bausch. Ona zrewaloryzowała to, co estetycznie prawie już zaginęło. Uważam, że poznanie tej tradycji jest niezwykle stymulujące do poszukiwań, aby zrozumieć, co jest jeszcze możliwe oprócz klasyki. Obserwuję, jak młodzi ludzie odkrywają nowe jej możliwości. Oni pewnie do tego, co im proponuję, podejdą z innej perspektywy i inaczej to wykorzystają…

    Był Pan jedynym Polakiem w Tanztheater Wuppertal. Co to jest teatr tańca?

    Etykietka, pod którą można się schować.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo