Poznań: Będzie grupa robocza. Zajmie się agresywnym ojcem

    Poznań: Będzie grupa robocza. Zajmie się agresywnym ojcem

    Katarzyna Kamińska

    Głos Wielkopolski

    Głos Wielkopolski

    Pismo z prośbą o powołanie grupy roboczej, która zajęłaby się rozwiązaniem problemu opieki nad dzieckiem Agnieszki i jej partnera trafiło wczoraj na biurko prezydenta Poznania i do dyrektora poznańskiego MOPR. Napisał je dr Tomasz Sioda, ordynator oddziału noworodkowego w szpitalu wojewódzkim w Poznaniu.
    To kolejna odsłona w sprawie odbieranych kolejno dzieci Agnieszki z poznańskich Podolan. - Zasadniczym problemem w tej rodzinie jest nieprawidłowe uzależnienie emocjonalne matki od ojca dziecka - pisze dr Sioda.

    Lekarz dodaje, że mężczyznę należy odseparować, a narzędziem mogą być zapisy ustawy o pomocy społecznej oraz ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. - Sprawę tę uważam za bardzo naglącą - podkreśla ordynator z Lutyckiej.

    Jego oburzenie jest tym większe, że kurator sądowy wystosował pismo do dyrektora szpitala z prośbą o wyznaczenie osoby w szpitalu do współpracy z nim oraz o odseparowanie matki od dziecka podczas procedury jego odebrania. Prawdopodobnie apel lekarza nie pozostanie bez echa. Jak się nieoficjalnie dowiedział "Głos Wielkopolski" w poniedziałek może dojść do spotkania takiej grupy.

    Tymczasem do redakcji zgłaszają się kolejne osoby, które zapewniają, że Marek Ł. (partner Agnieszki i ojciec jej dzieci) jest osobą skłonną do przemocy, agresywną i - prawdopodobnie - chorą. - Gdy mieszkaliśmy razem w Niemczech on często się czegoś bał, mówił o mafii, powtarzał, że my (dzieci mężczyzny - przyp. red.) chcemy go zabić - opowiada trzecia z dorosłych córek Marka Ł. - Mówił o jakichś rzeczach, które nie miały pokrycia w faktach. I nas bił. Nie miał w ogóle nad tym kontroli.

    - Kiedy pierwszy raz pojechałam do córki, byłam przerażona sposobem, w jaki on traktował moje wnuki - dodaje babcia dorosłych już dzieci Marka Ł., matka jego byłej partnerki. - Niemcy lepiej traktowali Polaków w obozach, niż on własne dzieci. Miały być cicho i siedzieć w kącie. I siedziały. - Ojciec pił alkohol i brał narkotyki - mówi córka. - Nas z bratem wysyłał, żebyśmy mu trawkę kupowali. I nie interesowało go gdzie, u kogo i za co. Ale i tak wolałam jak palił, niż gdy pił - wtedy był przynajmniej spokojny i nikogo nie bił.

    Babcia i wnuczka opowiadają, że gehenna trwała 15 lat. - Któregoś dnia ojciec zrobił taką awanturę, że mama wzięła jakieś reklamówki i tak jak stałyśmy, wyszłyśmy z domu - mówi córka Marka Ł. - Trafiłyśmy do ośrodka dla ofiar przemocy. To był chyba najfajnieszy czas w tamtym życiu. Wiele razy pytałam mamę, dlaczego od niego nie uciekniemy. Ale mama mówiła zawsze, że wtedy on nas wszystkich zabije. Ona też się bała.

    Dopiero wieloletnia psychoterapia pomogła rodzinie uporać się z upiorami przeszłości. - Dlaczego oni tylko tej biednej dziewczyny i jej dzieci się czepiają? - babcia nie kryje oburzenia. - To on jest problemem. To chory, chory, chory człowiek!

    - Jeśli tylko jest jakiś sposób, żeby ten człowiek był izolowany, to ja chcę w tym pomóc - dodaje córka mężczyzny.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo