By Biały wiedział, że Czerwony też miał wielkich bohaterów

    By Biały wiedział, że Czerwony też miał wielkich bohaterów

    Sławomir Lechna

    Głos Wielkopolski

    Głos Wielkopolski

    Podziw Arkadego Fiedlera dla Indian, fascynacja ich dziejami i kulturą, przeniosły się na jego synów Marka i Arkadego Radosława, czego dowody widać w muzeum w Puszczykowie. To tu w Ogrodzie Kultur i Tolerancji stoją pomniki indiańskich wodzów Szalonego Konia i Siedzącego Byka, jest Brama Słońca, totem, tipi i wiele innych pamiątek. Dlaczego nie inne nacje, ale właśnie Indianie? - docieka Sławomir Lechna.
    Może dlatego, że ojciec urodził się u schyłku XIX wieku, kiedy Polacy, podobnie jak Indianie, byli zniewoleni? - zastanawia się Marek Fiedler. - Ojciec już w wieku 14 lat zaczął pisać o preriach Ameryki Północnej, o Missouri, Black Hills, Siuksach i bizonach. Pisanie wtedy dla niego nie było najważniejsze. Stanowiło podnietę do marzeń, rozpalało wyobraźnię. Jego ojciec Antoni z życzliwością czytał te pierwsze zapiski, omawiał z synem napisane przez niego rozdziały, dawał wskazówki, podpowiadał, że każdy utwór literacki musi mieć jakiś głębszy sens.

    Nie pisz, Arkady...
    W mieszkaniu naszego dziadka wieczorami spotykała się poznańska cyganeria literacko- -artystyczna. Tu też znajdowała się redakcja "Albumów Stowarzyszenia Artystów".

    - Dyskusje toczono w pokoju jadalnym, obok którego spał ojciec - wspomina Marek Fiedler. - Zasypiając przysłuchiwał się poważnym rozmowom o literaturze, ale i swawolnym żartom. Pewnej nocy wyrwany z półsnu usłyszał, że dziadek Antoni czyta współtowarzyszom jego opowieść o preriach. Potem poeta Roman Wilkanowicz ukuł złośliwy slogan: "Nie pisz, Arkady, bo nie dasz rady". Zyskał on niezwykłą popularność wśród poznańskiej bohemy. To oczywiście bolało 14-latka. Niebawem dziadek Antoni przeczytał fragmenty "Prerii" jeszcze raz innym gościom, swym dobrym przyjaciołom. Oni przyjęli rzecz wyrozumiale, z życzliwymi uwagami.

    "Rachunek zła i dobra się wyrównał" - podsumował po latach podróżnik w książce "Mój ojciec i dęby".
    - Dziadek Antoni, który miał zakład poligraficzny, zrobił ojcu wielką niespodziankę: wydrukował początek jego książki o preriach. Wyglądało to okazale. Jako autor widniał Arkady Reldeif, odwrócone nazwisko - opowiada syn pisarza. - Wzruszony i speszony Arkady tłumaczył, że to dopiero próba, że nie wie, kiedy skończy pisanie książki… "Dasz sobie radę, więc pisz Arkady - powiedział wtedy dziadek. - Ważne, że jest początek, żeś zaczął...". Ojciec jednak nigdy nie skończył książki o preriach.

    Napoleon z Gór Skalistych
    W połowie XIX wieku Amerykanie oficjalnie uznali ziemie Indian za otwarte dla białego osadnictwa. Tysiące Amerykanów, jak lawina rzuciło się na nowy łup. Ta gigantyczna akcja osiedleńcza zyskała nazwę "Manifest Destiny", czyli "Wielkie przeznaczenie dziejowe". Okrutne metody tępienia Indian północnoamerykańskich, cynizm najeźdźców i heroizm skazanych na przegraną gospodarzy tych ziem opisał Marek Fiedler razem z ojcem w książce "Indiański Napoleon Gór Skalistych".

    - To niezwykła epopeja o dowodzonym przez Wodza Józefa szczepie Nezpersów, którzy żyli w Górach Skalistych - opowiada Marek Fiedler. - Nezpersi byli ludźmi wyjątkowo spokojnymi i pokojowo nastawionymi do przybyszów. Zajmowali się rolnictwem, hodowlą bydła i koni. Zawsze przyjaźnie odnosili się Amerykanów i nieśli im pomoc w potrzebie, jak choćby wysłannikom prezydenta Stanów Zjednoczonych Lewisowi i Clarkowi, gdy ci w początkach XIX w. przedzierali się do Oceanu Spokojnego. Mieszkali w pięknej i żyznej dolinie Wallowa, którą wyjątkowo sobie upodobali także Amerykanie - bez cienia skrupułów nakazali Indianom opuścić dolinę w ciągu miesiąca i skierowali ich do rezerwatu. Wódz Józef jednak nie zamierzał spełnić tego rozporządzenia i, zabrawszy cały dobytek, poprowadził swój szczep nie do rezerwatu, ale do Kanady, by tam poszukać nowej ziemi. Był rok 1877. Wódz prowadził 300 wojowników wraz z kobietami, dziećmi i bydłem, a ich tropem podążało amerykańskie wojsko, by zmusić do powrotu do rezerwatu. Indianie uciekali przez góry ponad trzy miesiące, a białym wciąż nie udawało się ich dopaść. Doszło nawet do tego, że na jednego Nezpersa przypadało 50 żołnierzy, a mimo to Indianie wygrywali wszystkie starcia. Udało im się przejść Missouri i już zbliżali się do kanadyjskiej granicy. Wtedy dopiero zostali osaczeni przez amerykańskie wojska. Wódz w końcu poddał się, ale pod warunkiem, że zaprowadzi swój szczep z powrotem w okolice doliny Wallowa. Amerykanie przystali na to, ale nie dotrzymali warunków kapitulacji - bezbronni już Nezpersi trafili do rezerwatu, a Wódz Józef - na siedem lat do ciężkiego więzienia. Potem jednak w słynnej akademii wojskowej w West Point amerykańscy kadeci studiowali partyzanckie metody Wodza Józefa, doceniając kunszt jego strategii wojennej.

    Wielcy wodzowie
    Indianie Ameryki Północnej mieli też innych wybitnych wodzów, m.in. Siedzącego Byka (Sitting Bull, ur. ok. 1831, zm. 1890) i Szalonego Konia (1849-77). Ci z kolei należeli do plemienia Lakotów [należeli do wielkiego narodu Dakotów. - dop. SL]), żyjących na wielkich preriach wokół Gór Czarnych (Black Hills). Obu tym wodzom Marek Fiedler poświęcił dwie książki.

    - Lakoci uznawali Black Hills za ziemię świętą, wierzyli, że żyją w nich duchy ich przodków - opowiada Marek Fiedler. - Ale gdy rozniosła się wieść, że w Górach Czarnych znajduje się złoto, skończyło się spokojne życie Indian - Amerykanie ruszyli na podbój ich ziemi.

    Zwieńczeniem konfliktu była wielka bitwa nad brzegami rzeki Little Bighorn w 1876 r., w której Indianie roznieśli w pył pułk kawalerii generała George'a Custera, niezwykle popularnego dowódcy z czasów wojny secesyjnej, który zresztą zginął w tej bitwie.

    - Było to jednak pyrrusowe zwycięstwo - kontynuuje Marek Fiedler. - Amerykanie, wykorzystując sympatię białych do Custera, jeszcze większe siły skierowali przeciw Lakotom. W tej sytuacji Siedzący Byk postanowił szukać schronienia w Kanadzie. I jemu się udało. Tyle że Kanadyjczycy Lakotów nie chcieli i po paru latach zmusili ich do powrotu do Ameryki. Tu Siedzący Byk trafił do niewoli, a potem do rezerwatu. Był świetnym mówcą, w swych porywających przemowach żądał od Amerykanów poszanowania praw Indian, które były na każdym kroku łamane. Władze amerykańskie uznały go za "niebezpiecznego wichrzyciela". W 1890 roku został haniebnie zastrzelony w rezerwacie przez indiańskich policjantów na służbie armii USA. Szalony Koń był zaś najszlachetniejszym typem indiańskiego wodza na prerii, człowiekiem pełnym godności i spokoju, zarazem surowym i stanowczym, dla którego obrona własnego ludu przed zachłanną inwazją amerykańską była życiowym celem. Po pokonaniu gen. Custera powrócił z resztą plemienia w rodzinne strony. Internowano go w Forcie Robinson w Nebrasce, gdzie wkrótce został zamordowany, ponieważ władze uznały, że ten wódz o nieposkromionym duchu może wywierać zły wpływ na Indian w rezerwacie.

    Podwójny symbol
    Niedaleko Custer City w Górach Czarnych powstaje ogromny pomnik Szalonego Konia wykuty w skale Mount Thunderhead. Będzie miał 171 metrów wysokości i 195 m długości. Jego autorem jest rzeźbiarz polskiego pochodzenia Korczak Ziółkowski, współtwórca czterech ogromnych głów amerykańskich prezydentów wykutych w skalnym zboczu góry Rushmore.

    - Przekonał go do tego projektu wódz Lakotów Stojący Niedźwiedź, który stwierdził, że czterech prezydentów z Mount Rushmore to tyko część amerykańskiej prawdy - opowiada Marek Fiedler. - Inna góra powinna przywoływać w pamięci Ameryce pozostałą część, by jak mówi Indianin - "Biały Człowiek wiedział, że Czerwony Człowiek też miał wielkich bohaterów".

    Po śmierci Korczaka Ziółkowskiego w 1982 r. jego dzieło kontynuują żona i synowie. U stóp góry Korczak Ziółkowski zbudował swój grobowiec. - Chcę być zawsze tu w pobliżu - mówił przed śmiercią. - To jest polski pomnik! Polak rzeźbi Indianina, to wcale nie przypadek! Te dwa narody mają wiele wspólnego! Oba dzielnie broniły swej wolności, oba dobrze pamiętają gorycz niewoli... Chcę, żeby ten pomnik był podwójnym symbolem!

    Indianie pomogli Arkademu Fiedlerowi
    W latach 1949-56, w czasach stalinizmu, Arkady Fiedler nie mógł ani podróżować, ani tym bardziej pisać o egzotycznych krajach. - W czasie dominacji literatury socrealistycznej twierdzono, że minęły czasy pisania o motylach w Amazonii - wspomina Marek Fiedler. - Wtedy ojcu pomogli właśnie Indianie. W tym trudnym czasie napisał powieści dla młodzieży: "Mały Bizon", "Wyspa Robinsona" i "Orinoko". Zyskały one wielką popularność. Nawet dzisiaj osoby odwiedzające muzeum wzruszone wspominają, że książka "Mały Bizon" była pierwszą, którą przeczytali.

    Indianie na ogół źle wychodzili na kontaktach z białymi ludźmi. W XIX wieku Amerykanie odebrali im wolność, ziemię, uczynili z nich nędzarzy żyjących w rezerwatach. - Ojciec jednak spotkał szczęśliwych Indian w Gujanie - opowiada Marek Fiedler. - Byli to Wajwajowie, którzy charakteryzowali się niesamowitą radością życia.

    "Polubiłem ich, więcej pokochałem ich - pisał w książce "Gujana - Spotkałem szczęśliwych Indian" Arkady Fiedler. - (...) Budząc się nad ranem i słysząc delikatne dźwięki fletu, tęskniłem do nich, jak się tęskni do najbliższych przyjaciół, i cieszyłem się, że za godzinę zobaczę ich przy śniadaniu. Zawojowali mnie na dobre. (...). Zdrowy uśmiech był dla nich potrzebą życiową, a wesołość ich nie wynikała z powierzchownej krzykliwości, lecz pochodziła z głębi, z rozsłonecznionej jak gdyby jaźni".

    - Ojciec odkrył, że byli oni szczęśliwi, bo misjonarze pomogli im poskromić zbrodniczą potęgę czarowników, którzy byli nader dokuczliwą warstwą szczepu i "zjadali dusze" ludzi, obrzucając ich groźnymi klątwami - dodaje Marek Fiedler.

    "Nowa religia przyniosła młodym Wajwajom wyzwolenie społeczne - pisał Arkady Fiedler w "Gujanie...". - Chrystus zwycięsko dobrał się do demonów. Gdyby nie złośliwy terror czarowników, chrystianizacja przebiegałaby tu podobnie jak u innych Indian, to jest połowicznie i chwiejnie. Tu natomiast znalazła gorliwych wyznawców: despotyzm czarowników znakomicie przygotował grunt".

    - Ja też byłem w Gujanie, tyle że prawie pół wieku po Arkadym Fiedlerze - wspomina Wojciech Cejrowski. - I też spotkałem tam szczęśliwych Indian, lecz... byli to Indianie ostatni, nieliczni, zanikający. Była to podróż do ostatniej wioski plemienia Wai Wai - daleko na południe, w dżunglę na pograniczu Gujany i Brazylii. Świata opisanego przez Arkadego Fiedlera już nie ma. Świata opisanego przeze mnie w książce "Gringo wśród dzikich plemion" też już nie ma. Coraz trudniej spotkać szczęśliwych Indian. Coraz rzadziej udaje się spotkać Indian w ogóle...

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Gorący temat

    Wideo