Bez gadżetów jak bez tlenu

    Bez gadżetów jak bez tlenu

    Jacek Sobczyński

    Głos Wielkopolski

    Głos Wielkopolski

    Od walkmana do iPhone'a, czyli krótka historia nowinek technologicznych nad Wisłą. O tym, czym szpanowaliśmy kilkanaście lat temu, a czym lansujemy się dziś - pisze Jacek Sobczyński.
    Gdy w 1962 roku na ekrany kin trafił "Nóż w wodzie" Romana Polańskiego, co bardziej spragnionym gadżetów widzom ślinka ciekła na widok tego, czym otaczał się bohater, grany przez Leona Niemczyka. Pal licho piękna żona - dziennikarz Andrzej jechał na wakacje na Mazurach nowiutkim peugeotem z radiem (!), by popłynąć w rejs wynajętym jachtem (!!!). Przypominam, mówimy o czasach, gdy dla lwiej części Polaków gadżetem na miarę dzisiejszego iPhone'a była tabliczka czekolady.

    Tym niemniej prawdziwy okres gadżetowego szału trafił nad Wisłę wraz z upadkiem poprzedniego ustroju. Co było pierwsze? Prawdopodobnie walkman. Co prawda już kilka, a nawet kilkadziesiąt lat wcześniej na ulicach i plażach można było spotkać modnych mężczyzn, dumnie dźwigających dudniące tranzystory (tu przypomina się słynna scena z "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz" Barei), ale dzięki małemu odtwarzaczowi kaset po raz pierwszy mogliśmy posłuchać muzyki, nie wkurzając przy okazji przechodzących obok ludzi.
    Walkmany pojawiły się w szerszym obiegu na początku lat 90., energię z baterii pożerały niczym stonka liście ziemniaków, a mimo to każdy chciał je mieć. Pospolite egzemplarze posiadały w pakiecie parę słuchawek nausznych, zazwyczaj obłożonych paskudną, łatwo drącą się gąbką. Oczywiście mówimy tu o modelach zagranicznych.

    W 1987 roku na polski rynek trafiła rodzima odmiana walkmana, odtwarzacz o swojskiej nazwie Kajtek, produkowany przez Zakłady Radiowe im. Marcina Kasprzaka. Moda na Kajtki wytrzymała ledwie trzy sezony, kiedy jego miejsce zajęły "Soniarze", "Filipsy" i "Pasikoniki" - czyli oczywiście walkmany firmy Sony, Philips i Panasonic. Plus legendarna firma Casio, produkująca gadżety dla młodszych. Każdy małolat chciał mieć wówczas zarówno wielofunkcyjny kalkulator tej japońskiej firmy, jak i wyposażony w 16 melodii zegarek. Dzieci były zachwycone, ich nauczycielki - nieco mniej. Dużą popularnością cieszyły się w pierwszej połowie lat 90. kieszonkowe gry elektroniczne. Najczęściej grało się w "Tetris" i różne mutacje gier sportowych, choć trafiały się droższe modele z większą liczbą programów w pamięci.

    Sprawna łączność i przepływ informacji to warunek powodzenia Twojej firmy" - głosiło dumnie reklamowe hasło analogowej sieci Centertel, pierwszej, która oferowała Polakom telefony komórkowe. Centertel ruszył w 1992 roku, a wraz z nim do banków ruszyła spora liczba młodych yuppies, chcących wyłożyć każde pieniądze za nowy cud techniki. Mało kto pamięta, że pierwsze komórki były koszmarnie drogie - ich ceny wahały się w okolicach 40 milionów złotych (oczywiście "na stare"). Potem wystarczyło wyłożyć jeszcze 500 dolarów za przyłączenie do sieci, około 500 tysięcy (50 zł) miesięcznego abonamentu, plus opłaty za wszystkie przegadane minuty (za rozmowy płaciło się oddzielnie, do tego z minutowym naliczeniem).

    A Polacy dzwonili namiętnie, zwłaszcza przebywając w towarzystwie. Pokusa chwalenia się komórką była ogromna, niestety ówczesnym gadżeciarzom miny rzedły z reguły przy otwarciu pierwszego rachunku za telefon. O tym opowiadała zresztą piosenka "Telefon komórkowy" rap-metalowej formacji Sto Procent Bawełny. Kto nie pamięta tekstu, może bez problemu znaleźć utwór w odmętach Sieci.

    Bezsprzeczną wadą pierwszych komórek była ich wielkość. Powiedzmy sobie szczerze - najstarszymi modelami Nokii czy Alcatela bardzo łatwo było interlokutora po prostu zabić. Kto nie chciał nosić w torbie telefonu o gabarytach cegłówki, ten mógł przerzucić się na pager, malutki gadżet, służący do wysyłania krótkich wiadomości tekstowych. Lekkie i poręczne pagery znikły jednak z rynku szybciej, niż się pojawiły. W końcu w drugiej połowie lat 90. zaczęły pojawiać się telefony z możliwością wysyłania SMS-ów. I tak rozpętało się szaleństwo.

    Dzięki tańszym kosztom użytkownicy (zwłaszcza młodzież) esemesowała gęsto i namiętnie. "Uprasza się o nie używanie telefonów komórkowych na terenie liceum" - grzmiała dyrektorka "mojego" ogólniaka przez szkolny radiowęzeł. Nieco bardziej postępowa i wyrozumiała okazała się wychowawczyni, która podczas jednego z zebrań przyznała, że dobrze - niech już uczniowie wysyłają SMS-y pod ławką, tylko, na litość boską, byle nie gadali na lekcji! I tak na przełomie wieków modny nastolatek był już wyposażony w obowiązkową komórkę i discmana (w niepamięć odeszły sędziwe walkmany).

    Spora zmiana w gadżeciarskiej technologii dokonała się na przełomie dekad. Do tej pory każdy gadżet musiał być przeznaczony do czego innego - walkman do słuchania, komórka do rozmów, zegarek do wyświetlania czasu (lub podliczania na kalkulatorze), a pager do wysyłania wiadomości. Od początku bieżącej dekady producenci zaczęli kierować się ekonomią - a dlaczego nie upchnąć wszystkiego w jednym? I tak oto w okolicach 2002-2003 roku coraz więcej telefonów komórkowych wyposażano w aparaty fotograficzne i kamery. Co z tego, że jakość zdjęć wołała o pomstę do nieba, a i filmiku dłuższego niż minutowy nakręcić było trudno.
    1 »

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo