Słodko-gorzkie historie

    Słodko-gorzkie historie

    Stefan Drajewski

    Głos Wielkopolski

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    Każda zasłyszana historia może w opowiadaniu przybrać inną twarz. Wszystko zależy od opowiadającego. W tryptyku "Sad Face - Happy Face" Jana Lauwersa jest podobnie.
    "Isabella’s room" to opowieść o fascynującej kobiecie, którą ona sama przedstawia jako narratorka, a czasami gra tę postać (to charakterystyczny chwyt stosowany przez reżysera we wszystkich częściach tryptyku). Do śmierci przybranego ojca Izabella nie wie skąd się wzięła, pamięta jedynie sierociniec prowadzony przez zakonnice, potem latarnię morską i przybranych rodziców... Prawdziwą swoją tożsamość odkrywa po śmierci przybranego ojca i jej historia zaczyna się budować na nowo.
    Przy okazji i mimochodem dowiadujemy się o tym, co się działo we Francji na przestrzeni 90 lat, jak zmieniał się świat. W tym świecie tak naprawdę tylko jej pokój był stały, no i ona była wierna sobie: otwarta, bezpośrednia, chłonna jak gąbka, płacąca często wysoką cenę za swoje wybory.

    "The Lobster Shop" opowiada natomiast o rozpadzie rodziny po śmierci jedynego dziecka. Tragedia rodziny została tu wpisana w opowieść o sytuacji emigrantów, którzy zwykle żyją na marginesie, którzy walczą o swoją godność i o pozycję w nowym społeczeństwie. Z jednej strony chcą być wierni własnej tradycji, z drugiej próbują się wtopić w nową rzeczywistość, ale za każdym razem coś tracą, coś zyskują...

    Wreszcie "The Deer House", opowieść, w której teatr musi się skonfrontować z prawdziwym życiem. Jedna z tancerek wraca z Kossowa, gdzie zginął jej brat, korespondent wojenny. Przywiozła ze sobą dziennik, chociaż nie wie, czy należał do niego, bo nie potrafi rozpoznać charakteru pisma. Dość nieoczekiwanie z garderoby przenosimy się w rejony ogarnięte wojną, gdzie zostały odwrócone wszystkie porządki z wyjątkiem rytuału śmierci. On uległ tylko nieznacznym modyfikacjom. W "The Deer House" Lauwers pokazuje, że śmierć nie musi oznaczać wcale smutku, choć bardzo boli
    Każda część tryptyku uwodzi inną urodą teatralną, ujawnia inne możliwości i kierunki zainteresowań Needcompany. Lauwers łączy teatr tańca z dramatem, teatrem muzycznym, plastycznym, filmem...

    Czasami tylko któryś z języków dominuje. W "The Lobster Shop" tą dominantą jest muzyka i wideo, w "The Deer House" - plastyka. Mnie jednak najbardziej podobał się "Isabella’s room", w którym reżyserowi udało się w sposób wyważony użyć bardzo różnych języków teatru. Odnosiłem wrażenie, że kiedy zaczynało brakować słów, aktorzy zaczynali śpiewać bądź tańczyć. A kiedy to przestawało znaczyć, wracali do opowiadania lub odwoływali się do obrazu (projekcje wideo), przedmiotu lub znaku plastycznego. "Isabella’s room" jest freskiem życia bohaterki i jej najbliższych, ale jest też zarazem metaforą doświadczeń pokolenia, które odmieniło życie na Starym Kontynencie.

    Aktorzy Needcompany są do bólu prawdziwi, niczego nie udają, bo są perfekcyjnie wykształceni. Ani na chwilę nie zastanawiają się nad techniką, tylko jej używają, by kreować świat. A ten jest z jednej strony bardzo realny, osadzony w rzeczywistości XX i początków XXI wieku, dotkliwy, momentami dojmujący wręcz, ale też lekko zmetaforyzowany, niedopowiedziany, upoetyczniony, chwilami uniesiony kilka centymetrów nad ziemią. Ten sceniczny świat jest tak samo słodko-gorzki jak ten za oknem. Aktorzy wnoszą do niego pamięć kulturową i społeczną kultur i narodów, z których się wywodzą, co czyni go jeszcze bardziej skomplikowanym. Wnoszą też dystans, bez którego można by zwariować.

    Dziś ostatnia okazja zobaczyć Needcompany: MTP, hala 7 (wejście od ul. Śniadeckich), godz. 18 , bilety: 25, 35 zł, spektakl trwa z dwiema przerwami 6h30

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo