A dziś?
A dziś prawie za zakrętem. W co niektórzy nie chcą wierzyć. Rano od góry do dołu obsobaczył mnie czytelnik. Bośmy napisali, że wojewoda ogłasza alarm powodziowy dla Suchego Lasu. Fakt, też podrapałem się po łysiejącym czole: jak Suchy Las może być mokry? A my, dziennikarze, na dodatek jak idioci powtarzamy. Rzut oka na mapę jednak wystarczył... przez gminę Suchy Las płynie sobie rzeka, Wartą zwana. Jeszcze tydzień temu oaza spokoju, synonim strumyka, co płynie z wolna, a nad nim szumi las. Teraz też płynie z wolna. Tylko troszkę dużo tego płynie.
Prosimy więc do dziennikarzy nie strzelać. Dziennikarze mogą oczywiście łapać za worki z piaskiem i je przerzucać, ale zapewniam państwa - do tej roboty akurat większość dziennikarzy ma słabiutkie kwalifikacje.
Pęcherze na rękach gotowe po 3 workach, po 5 wypada dysk. Dziennikarze jednak mają pewną inną umiejętność: potrafią informować. Tak jak tydzień temu nabijałem się z polityków, którzy pod wpływem wód powodziowych rosną, tak samo też rosną dziennikarze. Ale nie zawsze i nie wszyscy. Ba! Większość nie rośnie. Większość pomaga piórem, mikrofonem, kamerą. No bo skąd będziecie wiedzieli o fali?
Owszem, dziennikarz może przeszkadzać. Tak jak ekipa pewnej telewizji, którą widać na pewnym filmiku, który obiegł już internet. Pan dziennikarz chciał relacjonować, tak bardzo chciał, że przeszkadzał mu krzyczący z boku człowiek: usuńcie ten wóz! Akurat tak się zdarzyło, że wóz transmisyjny zastawiał drogę... Ale to wyjątek.
Dla poznaniaków powódź jest abstrakcją. I trudno się dziwić, że w alarmy powodziowe nie wierzą. Ot, atrakcja turystyczna: woda tak fajnie wysoko. No to, żeby obejrzeć jak fajnie wysoko jest, dziennikarze ruszyli nad rzekę. Piszący te słowa ruszył wieczorem. W Poznaniu minął grupki fotografujące się nad rzeką. Już w Czapurach jednak zastał urobionych po łokcie strażaków, mieszkańców... nie pracowali ot tak sobie a muzom. Wodę mieli ot, na wyciągnięcie ręki.
Kilka kilometrów dalej: woda tuż od granicy wałów. Życie nocne kwitnie, ludzie chodzą i patrzą. Fotografują. Ale tak jak wszędzie - po cichu. Bo idzie woda.
A jeszcze kawałek dalej ludzie zasuwają z łopatami przy wale, nad którym lada chwila może przelać się woda. Coś niesamowitego... Widziałem to 13 lat temu we Wrocławiu, moje pokolenie nigdy nie widziało tego na żywo nad Wartą. A to dopiero początek.
Wyolbrzymiamy? Ależ oczywiście, że wyolbrzymiamy! Dziennikarze są od tego, żeby wyolbrzymiać. Przecież pan Zdzich nie będzie się uważał za bohatera tylko dlatego, że pracował 2 czy 3 doby po to tylko, żeby woda nie zalała oczyszczalni ścieków. Prawda?
Przecież za bohaterów nie będą uważać się dzieciaki z poprawczaka, które pomagały układać worki i do mikrofonów dziennikarzy, może czasem w niewybrednych słowach - krzyczały: przyjdźcie pomóc! (to do rówieśników). Pewnie, będą czuć się wyjątkowo, bo nie stoją z założonymi rękami, tylko pracują. Oczywiście: o heroizmie tych, którzy będą walczyć o ocalenie swoich dobytków - będziemy pisać.
Jak ocalą, napiszemy: ufff i zaczniemy pisać o czymś innym. Jeśli nie ocalą - zaczniemy pisać o pomocy. A co może zrobić zwyczajny człowiek? Może stać z założonymi rękami (bo mieszka na górce, woda do niego nie przyjdzie... Czyżby?).
Może zrobić sobie zdjęcie na tle wezbranych wód. Ładna pamiątka dla wnuków.
Można pomóc. Fizycznie. Można przynieść picie i jedzenie dla tych, co fizycznie pracują. Można przynieść ubrania, dla tych, których zalało.
Wiecie, jakie to fajne uczucie, po wszystkim być wśród tych, którzy pomagali?