Kiedy królowa jest na miejscu, ul szumi cichutko

    Kiedy królowa jest na miejscu, ul szumi cichutko

    Robert Domżał

    Głos Wielkopolski

    Głos Wielkopolski

    Gdy otworzy się ul, za każdym razem jest inaczej. Inny dźwięk, inna muzyka. Kiedy królowa jest na miejscu, ul szumi cichutko. Kiedy dzieje się coś złego, ul huczy. Późną jesienią pszczoły są podenerwowane i to też słychać. Najpiękniej jest wiosną, kiedy pszczoły pracują - opowiada Jolanta Socha, współwłaścielka gospodarstwa pszczelarskiego z Czmonia.
    Jan i Jolanta Sochowie od dziesięciu już lat prowadzą zawodowo pasiekę. Nie od razu jednak byli profesjonalistami. Wcześniej pasieka była pasją Jana Sochy. Do założenia gospodarstwa zmusiło ich życie. Ponieważ wiele firm zwalniało pracowników, Sochowie przewidzieli taką możliwość i przygotowali się do niej.

    - Skończyliśmy oboje dwuletnie studium pszczelarskie. Jeździliśmy po naukę aż pod Lublin. Ale opłaciło się - mówi Jan Socha. Żeby jednak otworzyć własną firmę, trzeba pokonać wiele lęków. - Moja koleżanka mówiła: "Pamiętaj, nie przyjmuj do wiadomości, że czegoś nie umiesz. Naucz się. Musisz dążyć do celu stopniowo". My czekaliśmy na pszczoły blisko cztery lata - opowiada Jolanta Socha.

    Teraz w firmie pracuje też najmłodszy syn państwa Sochów - Szczepan. Prowadzi stronę in-ternetową i sklep. Hodowla pszczół i produkcja świec to natomiast specjalność Jolanty Sochy, a jej mąż prowadzi pasiekę i odpowiada za jakość miodu.

    Bo każda z tych czynności ma inną specyfikę. Kiedy jedzie się po miód, trzeba się nastawić na ogrom pracy fizycznej. Przenoszenie uli, wykręcanie ramek wymaga siły. Przy hodowli matek trzeba pilnować terminów, bo spóźnienie z pracą grozi ich utratą. Jak twierdzą pszczelarze z Czmonia, gdy prowadzi się taki nieduży, rodzinny biznes, to trzeba słuchać klienta. On powie, czego potrzebuje. A klienci do-cierają tu i z Elbląga, i z Przemyśla.

    - W rodzinnej firmie jak się coś źle zrobi, to szybko i boleśnie się to odczuwa. Niezadowolony klient odchodzi. My tracimy pieniądze - mówią Sochowie.Pszczelarze z Czmonia produkują też to, co jest nietypowe: świece paschalne, i cerkiewne, a dla Swarzędza świece w postaci figurek św. Józefa. Jednym z takich nietypowych zajęć jest też prezentacja sposobu, w jaki przed wiekami miód pozyskiwali bartnicy.

    - Leziwo mamy aż z Litwy. To sznur wyplatany z konopi. Charakteryzuje się specjalnym sposobem splotu - opowiada Jan Socha, który wzorując się na Litwinach i posługując się leziwem, wspinał się w czasie pokazów w Muzeum Rolnictwa w Szre-niawie. Teraz robi to Szczepan. - Kiedyś bartnicy wchodzili na wysokość nawet 12 metrów, bo barcie były tak wysoko. My w czasie pokazów wchodzimy na około 4 metry - opowiada Szczepan.

    Najwięcej pracy pszczelarze mają w kwietniu, maju i czerwcu. Zaczyna się od sprzątania, żeby w ulu nie zostały resztki po poprzednich miesiącach. Hodowla matek rusza w maju i trwa do połowy sierpnia. Od maja po wrzesień trwa pozyskiwanie miodu. Najtrudniej pozyskać ten wrzosowy. W połowie września pszczelarze obchodzą swoje święto i na ten dzień pszczoły powinny być przygotowane do zimy. Chodzi o to, by nie były zmęczone przed nastaniem mrozów, bo wtedy jest duże prawdopodobieństwo, że nie przetrwają zimy. Pszczelarstwo wymaga sumienności, dokładności i punktualności. Pszczelarz nie może też być nerwowy, bo będzie musiał robić wiele rzeczy po dwa, trzy razy. Jego nastrój udziela się pszczołom, a wtedy potrafią użądlić.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo