Poznańskim szpitalom brakuje krwi

    Poznańskim szpitalom brakuje krwi

    Danuta Pawlicka

    Głos Wielkopolski

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    Kobieta, której wyznaczono termin operacji nowotworu, czekała na zabieg o tydzień dłużej, bo nie było jej grupy krwi. Nie jest jedyną ofiarą wakacyjnej posuchy, jaka dotknęła stacje krwiodawstwa. - Latem honorowi krwiodawcy wyjeżdżają na urlopy, rozjechali się do domów studenci i dramatycznie spadła liczba dawców - informuje Krzysztof Olbromski, dyrektor Regionalnego Centrum Krwiodawstwa w Poznaniu.
    Tymczasem w sezonie urlopowym wzrasta liczba urazów i wypadków komunikacyjnych, które wymagają zaopatrzenia w krew. Nie można jej jednak zebrać na zapas, jak się gromadzi ziemniaki w piwnicy na zimę, bo jej przydatność jest krótka - tylko 42 dni. Braki trzeba więc uzupełniać na bieżąco.
    Przy ograniczonych rezerwach w pierwszej kolejności i bez żadnych ograniczeń zaopatruje się dziecięce oddziały szpitalne oraz oddziały ratunkowe, które przyjmują ofiary nagłych wypadków.
    - Niedawno po jedną porcję krwi jechaliśmy do Szczecina. Czasami wysyłamy nasz samochód do stacji we Wrocławiu i Warszawie, gdzie akurat jest to, czego pilnie potrzebujemy dla naszych pacjentów - opowiada szef poznańskiego centrum.
    Nigdy jednak nie można przewidzieć, co się może wydarzyć jutro czy nawet za godzinę. W przypadku katastrofy, sytuacja byłaby naprawdę dramatyczna. Nie zawsze brakuje tych najrzadszych - 0 Rh - i jeszcze rzadszej AB Rh-. Wczoraj krwi tych grup nie brakowało. Dziś jednak sytuacja może być już zupełnie inna.
    Planowe operacje zależą więc dzisiaj od tego, czy lekarz anestezjolog będzie miał zagwarantowaną krew na konkretny termin. Z tym już różnie bywa. Szpitale nieustannie telefonują z pytaniami, bo nie wiedzą, czy odsyłać pacjenta do domu, czy przygotowywać do zabiegu.
    - I tak jest co roku, bo zawsze o tej porze jest dołek, więc jesteśmy w stałym kontakcie z pacjentami i uprzedzamy ich, że termin planowany dla nich może być jednak przesunięty - mówi Piotr Chojnacki, zastępca dyrektora ds. leczniczych Wojewódzkiego Szpitala w Poznaniu.
    Sporo nerwów kosztuje niepewność w tak nieprzewidywalnym miejscu, jak Oddział Transplantologii mieszczący się przy ul. Lutyckiej, gdzie przeszczepia się nerki. Tutaj dobór jest trudniejszy, bo uzgadnia się grupę krwi i przeciwciała, a organ do transplantacji nie może czekać. Na razie udaje się załatwić krew na czas, ale zabiegi planowane trzeba już przesuwać.
    Co najmniej stu krwiodawców więcej musiałoby co dzień oddawać krew, aby problem przestał istnieć.


    Czytaj treści premium w Głosie Wielkopolskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo