Człowiek wielu imion: inspektor Maćkowiak

    Człowiek wielu imion: inspektor Maćkowiak

    Agnieszka Smogulecka

    Głos Wielkopolski

    Głos Wielkopolski

    Świat oglądał z perspektywy konfliktów i wprowadzania ustaleń pokojowych. Mimo to zachował pogodę ducha i uśmiecha się, opowiadając o trudzie życia w Bośni, Kosowie, Tadżykistanie czy Afganistanie. O najbardziej "światowym" policjancie z Poznania Ludwiku Maćkowiaku pisze Agnieszka Smogulecka.
    Niewysoki, stale uśmiechnięty blondyn. Radością życia zaraża chyba wszystkich, których mija na korytarzach wielkopolskiej komendy wojewódzkiej. Choć przez ostatnie lata bywał tu rzadko: w policji służył co prawda 18 lat, ale 9 z nich spędził poza granicami kraju. O misjach opowiada z żarliwością, energią, ale uważa, by nie zdradzić za dużo. Opowieści o masowych grobach, strzelaninach, zagrożeniu sprawiają, że oczy podinspektora poważnieją.


    O Ludwiku Maćkowiaku mówi się, że nigdy nie odmawiano mu udziału w misji, do której się zgłosił, zwykle zresztą wyznaczano go do kadry dowódczej. Po latach służby - choć brzmi to pompatycznie - dla pokoju, zdecydował się odejść na emeryturę policyjną. Tydzień temu koledzy z poznańskiej policji uścisnęli mu dłoń, żegnając się z "misjonarzem", jak go nazywali.

    - Nie zamierzam zbyt długo siedzieć w domu - zdradza, choć nie chce podawać planów na przyszłość. Musi je uzgodnić z najbliższymi. Osoba z jego doświadczeniem i umiejętnościami (ma uprawnienia do prowadzenia czołgu, szkolono go agresywnej jazdy autem na wypadek ostrzału czy wybuchu, odbijania zakładników) nie będzie mieć problemów ze znalezieniem zajęcia. - Nadal lepiej się czuję w moro niż w garniturze - wyznaje.

    Człowiek wielu imion
    Przed laty pracował w prokuraturze, stamtąd przeniósł się do policji. Pierwszy raz na misję z ramienia Organizacji Narodów Zjednoczonych wyjechał w 1998 roku do Bośni i Hercegowiny. To właśnie ten wyjazd wspomina jako najtrudniejszy. I to nie dlatego, że przez pierwsze miesiące pieszo patrolował okolice Srebrenicy. Przebywał w siedlisku serbskim, sprawdził się jednak, choć zajmował się między innymi odkrywaniem ciał pomordowanych, masowych grobów. Z czasem został doradcą ministra spraw wewnętrznych Republiki Srpskiej (prosi by nie spolszczać tej nazwy).

    Wrócił do domu w 1999 roku, tylko na kilka miesięcy, bo został wysłany do Tadżykistanu. - Operacja specjalna w Duszanbe. To tam usłyszałem, że wydano na mnie wyrok - wspomina.

    W Tadżykistanie, opowiada podinspektor Maćkowiak, było wyjątkowo ciężko: bez prądu, wody, mieszkanie 500 metrów od fabryki uranu. - Proszę spojrzeć na moją twarz. Od czasu mieszkania przy tej fabryce cera się popsuła, sądzę, że właśnie od uranu - kiwa głową. I nagle oczy robią się jak ze stali. Patrzy przed siebie i mówi: - Misja miała na celu wprowadzanie w życie ustaleń pokojowych. Z 22-osobowej grupy, w której byłem jedynym Polakiem, zabito 6 osób.

    Natychmiast zmienia temat. - Używałem tam imienia Ivan. Bo zawsze na misjach przyjmuję imiona, które miejscowym nie wydają się obce. W krajach arabskich mówiono na mnie Lutvi. To imię nieprzypadkowe, oznacza miłą, sympatyczną osobę. Bardzo mi to pomagało, szczególnie że staraliśmy się większość czasu być w terenie... - tłumaczy Maćkowiak.

    Podinspektor był w szoku, gdy jadąc samochodem, usłyszał w radiu komunikat. Talibowie wydali na niego wyrok śmierci. Choć niewiele osób wiedziało jak naprawdę się nazywa, usłyszał trzykrotnie, bardzo wyraźnie: "Ludwik Maćkowiak".

    Wtedy wystraszył się, ale nie na tyle, by przerwać działalność w Tadżykistanie. Zmienił mieszkanie, zdwoił ostrożność. - Wiedziałem, że albo mnie zastrzelą, albo podrzucą mi narkotyki. Miałem świadomość, że w tamtejszym więzieniu nie przeżyłbym dłużej niż miesiąc - wspomina.

    Ktoś salutuje tacie?!
    Ludwik Maćkowiak wrócił do Polski w 2000 roku, nie na długo. Lata 2002-2003 upłynęły mu w Kosowie. Był oficerem łącznikowym Jednostki Specjalnej Polskiej Policji. Odpowiadał za kontakty między specoddziałami i ludnością. Wiadomo było, że nie będzie łatwo. Media donosiły o porachunkach między Albańczykami i Serbach nękanych przez Albańczyków w zemście za lata represji. Przed wyjazdem rozmawialiśmy w Maćkowiakiem.

    - Będziemy wykonywać zadania, jakie wyznaczy nam ONZ, władze międzynarodowe i państwa ościenne - tłumaczył. - Chodzi o nadzór nad przestrzeganiem praw człowieka, kontrolowanie wypełniania przez zwaśnione strony zawartych umów, ochronę konwojów, czuwanie nad bezpieczeństwem mieszkańców. Przez cały czas musimy mieć świadomość, że w każdym domu znajduje się broń, która na co dzień jest używana... Dlatego i my będziemy doskonale uzbrojeni.
    Dziś, wspominając tę misję, mówi krótko: - Były zamieszki. Mało brakowało, by doszło do wymiany ognia i to podczas wizyty oficjeli.

    Kolejna misja przyniosła jednak ukojenie. Znów Bośnia i Hercegowina. Tym razem występował już nie w barwach ONZ, lecz Unii Europejskiej. Był rzecznikiem dyscyplinarnym. - Dużo pracy, ale spokój. Przyjechała do mnie rodzina - wspomina, jak dzieci były zdumione, gdy zobaczyły, że obcy ludzie salutują tacie. Wcześniej nie miały pojęcia, czym zajmuje się ojciec. - To była jedyna misja, którą wspominam z lekkim sercem.

    Kolejny wyjazd, 2004 rok. Bliski Wschód. Operacja USA, a Maćkowiak był liderem pionu antyterrorystycznego. Szkolenie irackich sił bezpieczeństwa. I znów nie zdradza szczegółów, wspomina rodzinę: - Musiałem obiecać bratu, że nie pojadę do Izraela. On miał jakieś złe przeczucia. Nie pojechałem - zamyśla się na chwilę, a później po cichu dodaje: - Wielu kolegów, których wtedy poznałem, zostało zastrzelonych.

    Później znów pojechał do Kosowa, ale tym razem obyło się - jak mówi podinspektor - bez wydarzeń specjalnych.

    1 »

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo