Przedstawiamy laureatów Medali Młodej Sztuki: Magdalena...

    Przedstawiamy laureatów Medali Młodej Sztuki: Magdalena Płaneta

    Stefan Drajewski

    Głos Wielkopolski

    Głos Wielkopolski

    Z Magdaleną Płanetą, aktorką Teatru Polskiego w Poznaniu, laureatką Medalu Młodej Sztuki, rozmawia Stefan Drajewski
    Wielu aktorów wędruje od teatru do teatru z kuferkiem wypróbowanych chwytów i kiedy zaczyna robotę, wyciąga z niego potrzebne mu środki. W Pani przypadku mamy do czynienia z zupełnie innym zabiegiem. Po skończeniu pracy nad rolą, wypracowane przy tej okazji chwyty, chowa Pani do tego kuferka.
    To wielki komplement. Dziękuję. Nigdy dotąd nie myślałam o tym w ten sposób. Powiem tak: staram się nie wymyślać postaci. Nie przypominam sobie sytuacji, abym po próbie szła do domu i wymyślała postać, którą mam zagrać. Kiedy odkrywam nową rolę, zawsze pracuję nad nią intuicyjnie, poddaję się wszystkiemu, co dzieje się dookoła. Oczywiście, w trakcie pracy trzeba pewne rzeczy wymyślić, aby współgrały z całością przedstawienia.
    Zwykle jest jednak tak, że to, co poczuję o postaci podczas pierwszych prób czytanych, okazuje się do końca moją prawdą o niej. Mam też zaufanie do dobrej literatury. Jestem przekonana, że postać, którą mam zagrać, jest w niej zapisana i jeśli wystarczająco się skoncentruję, to ona sama mi podpowie, jak mam ją ożywić. To jest chyba kwestia otwarcia.

    W ciągu sześciu lat na scenie zagrała Pani ponad 20 ról. Ułożyły się one w jakąś przestrzeń, w której może się Pani odnaleźć?
    Tak, ponieważ mnie niezmiennie interesuje i zachwyca człowiek, więc w myśli o nim się odnajduję. Praca w teatrze opiera się na bliskości z różnymi ludźmi, nie tylko naszymi scenicznymi partnerami, ale też z publicznością. Ten ogrom ludzkiej energii oddziaływuje na mnie, a mimo to ciągle mało mi ludzi. Jestem nieustannie ciekawa człowieka. Cieszę się z tej dużej ilości ról, bo to mnie otwiera, wzbogaca i uczy rozumieć ludzi różnych ode mnie, a to wielki dar od losu.

    Czy wśród tych postaci jest taka, która wpłynęła na Panią, zmieniła?
    Jest kilka takich postaci. Bardzo bliska memu sercu była Dasza z "Biesów". Podobnie jak ona rozumiałam miłość. Walczyłam o miłość do końca z zaciśniętymi zębami. Spotkanie z Daszą pozwoliło mi zobaczyć, jak boleśnie może skończyć się całkowite zatracanie siebie w miłości do drugiego człowieka. Zrozumiałam, że należy zostawić kawałek siebie dla siebie. Nie z egoizmu, lecz w imię miłości właśnie. Równie ważna postać to Zosia Hurlecka z "Ferdydurke". Jej kalekie ciało i spragniona miłości dusza jest dla mnie niemalże doskonałą metaforą człowieka w ogóle.

    I wreszcie Hela w "Mistrzu i Małgorzacie". Podczas pracy nad tą rolą sprawdziłam coś, co podświadomie cały czas przeczuwałam, ale skromność nakazywała mi utrzymywać, że to przeczucie to mrzonki. Od zawsze jednak miałam ciche przekonanie, że w aktorstwie najważniejsza jest "energia". Hela przekonała mnie, że tak właśnie jest. Można nie mieć zbyt wielu środków do wyboru, nie mieć do wypowiedzenia żadnych słów na scenie, a jednak bardzo mocno oddziaływać na widza "energią" właśnie, jakimś stanem, w którym postać się znajduje. Bliskie mi osoby opowiadały o tym, że spojrzenie Heli budziło w nich lęk i wywoływało ciarki na plecach, czyli się udało.

    Gra Pani głównie role współczesne.
    Bardzo żałuję, że nie dane mi było dotąd zagrać jakiejś roli kostiumowej. Takie sceny grałam tylko w szkole, a ja lubię postaciować, lubię się przebrać. Spełniam się też w rolach charakterystycznych, których było kilka wśród tych dwudziestu.

    1 »

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo