Optymiści mówią, że podwojenie dotacji z Urzędu Miasta, czyli 750 tys. zł rocznie, i co za tym idzie, możliwość zbudowania solidnego zespołu, walczącego o miejsca w górnej części tabeli ekstraklasy. Pesymiści mówią natomiast, że z dwóch słabych drużyn nie stworzy się jednej mocnej. A mnie osobiście wydaje się, że prawda leży po środku.
W ramach rozważań o nowym klubie za mało się jednak mówi o perspektywach jego rozwoju, a za dużo o medalach mistrzostw Polski. A tak swoją drogą to przebicie się do czołówki PLKK graniczyłoby z cudem, nawet przy dobrej koniunkturze na poszukiwanie sponsorów, bo przecież Lotos, Wisła, Gorzów i Polkowice dysponują dużo większymi możliwościami finansowymi.
Wracając do perspektyw, to w żeńskiej koszykówce nie są one najlepsze. Kluby prześcigają się w sprowadzaniu Amerykanek, a nie w wychowywaniu zawodniczek (wyjątkiem jest właśnie MUKS, ale nie może sobie poradzić z kolei z ich utrzymaniem i promowaniem). Te ostatnie prezentują coraz gorsze umiejętności i nie mają, przynajmniej w Poznaniu, zbyt wielu kibiców. Trybuny na meczach obu drużyn wypełniają jedynie rodziny i znajomi oraz koneserzy basketu. Przez to mecze ligowe akademiczek i uczennic stały się niszowe i nie są traktowane jako znaczące wydarzenia sportowe w mieście.
Oczekiwałbym więc nowego podejścia działaczy do swoich obowiązków. Na zebraniach PLKK nie powinni oni myśleć o zmianach w systemie rozgrywek i ograniczeniach dla zawodniczek zagranicznych, tylko o przebudowie struktury klubów. Jak widać Polski nie stać na trzynaście zawodowych drużyn. Jak wszyscy się wykrwawią ekstraklasa i tak będzie się składać z zespołów akademickich oraz półzawodowych. Wyłącznie pracujące i uczące się koszykarki można byłoby zobaczyć za dwa lata, ale w naszych realiach ten proces wydłuży się pewnie do 5-6 lat, bo lokalne ambicje zrobią swoje. Ktoś powie, a co z talentami i reprezentacją? Najlepsze z najlepszych przebiją się w lidze rosyjskiej, francuskiej czy hiszpańskiej. W polskiej i tak by się przecież marnowały...