Nasz ratownik wrócił z Haiti do domu

    Nasz ratownik wrócił z Haiti do domu

    Monika Kaczyńska

    Głos Wielkopolski

    Głos Wielkopolski

    Starszy strażak Marcin Ratajczak - jedyny poznaniak, który wraz ze swoim psem Bilasem pojechał z grupą polskich ratowników na Haiti jest już w domu. Przez najbliższy tydzień będzie odpoczywał na urlopie, później wróci do normalnej pracy.
    Dla Marcina Ratajczaka wyjazd z pomocą ofiarom trzęsienia ziemi był pierwszą akcją poza granicami kraju. W Polsce podobnych zadań wraz z psem wykonał już kilkanaście, choć zawodowym ratownikiem w Państwowej Straży Pożarnej jest zaledwie od 2 lat. Wcześniej jednak zdobywał doświadczenie jako wolontariusz.

    - Zawsze chciałem pomagać, imponowało mi to, dlatego najpierw rozpocząłem treningi i pracę jako wolontariusz - opowiada. - Gdy odniosłem już pewne sukcesy, zacząłem starać się o przyjęcie do straży pożarnej. I tak pracuję.

    Jak twierdzi, wyjazd na Haiti, podobnie jak innym ratownikom, wydawał mu się oczywisty, choć mimo doświadczenia już na miejscu przeżył szok. - Przede wszystkim temperatura. Różnica między tym co zostawiliśmy, a zastaliśmy na miejscu, wynosiła nawet 50 stopni. Już samo to było trudne do wytrzymania, nawet dla ludzi, nie mówiąc już o psach. - podkreśla.

    Eksperci twierdzą, że trzęsienie ziemi, które dotknęło Haiti, było jedną z największych katastrof w dziejach współczesnego świata. Mogły ucierpieć w nim nawet 2 miliony ludzi. Liczbę zabitych ocenia się na około 200 tysięcy.

    W wysokiej temperaturze podstawowe znaczenie miało jak najszybsze odnalezienie żyjących jeszcze ofiar. Właśnie temperatura sprawiła, że psy ratownicze, wyszkolone do wyszukiwania żywych ludzi pracowały zaledwie po niewiele ponad 10 minut, podczas, gdy w normalnych warunkach są w stanie przeszukiwać gruzowiska bez przerwy nawet ponad pół godziny. Dlatego też ratownicy nieco zmodyfikowali system pracy. Zwykle w trakcie przeszukiwania poszczególnych fragmentów gruzowiska zmieniają się dwa psy z przewodnikami. Natomiast na Haiti na zmianę pracowały zespoły składające się z trzech przewodników z czworonogami.

    Najbardziej frustrujące dla ratowników było opóźnienie w dotarciu na miejsce tragedii. - W tej misji od początku się po prostu nie układało - wspomina Marcin Ratajczak. - Najpierw okazało się, że musimy lądować na Dominikanie. Potem trzeba było załatwić transport i to też trwało, nie od razu pojawiła się ochrona, która była potrzebna. W końcu poruszaliśmy się z prędkością 20 km/godz., na granicy czekaliśmy sześć godzin, aż będzie można ją przekroczyć, kilka kilometrów musieliśmy nieść sprzęt. Zanim mogliśmy przystąpić do działań minęły 34 godziny.

    Niestety, psom z przewodnikami nie udało się już odnaleźć pod gruzami nikogo żywego. Jednak i tak ich praca miała wielka wartość dla przebiegu akcji ratowniczej. - Chodziło o to, żeby jak najszybciej zamykać poszukiwania w poszczególnych sektorach i móc szukać dalej - wyjaśnia ratownik.

    Ogromne znaczenie miało także udzielanie ofiarom trzęsienia ziemi pomocy medycznej. Część grupy polskich ratowników została skierowana do miejscowości leżącej nieopodal stolicy Haiti, dotkniętej wstrząsami wtórnymi. Tam udzielili pomocy około 100 osobom. Na odjezdnym zostawili Haitańczykom agregat prądotwórczy i halogeny. Sprzęt ten posłużył do oświetlenia szpitala polowego w stolicy kraju.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Gorący temat

    Wideo