Stworzyłam przestrzeń teatralną dla bardzo wielu aktorów

    Stworzyłam przestrzeń teatralną dla bardzo wielu aktorów

    Stefan Drajewski

    Głos Wielkopolski

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    O życiu i teatrze, teatrze własnym i pomysłach teatralnych, o rodzinie i przyjaciołach, z którymi Krystyna Janda usiądzie do wigilii, rozmawia ze Stefanem Drajewskim
    Lubi Pani czytać dzienniki?

    Bardzo. Lubię literaturę faktu, bo jestem aktorką. Dzienniki dostarczają wielkiego, bardzo interesującego materiału. Myślę, że przy budowaniu roli Heleny Modrzejewskiej, bardzo pomogła mi lektura jej listów. Dopiero po tej lekturze zrozumiałam, kogo gram. Różne daty, sprawy, stany emocjonalne, sytuacje… wspaniałe świadectwo, opowieść i o epoce, i o człowieku... Poza tym, okazuje się przy takiej lekturze, że wyobraźnia, fikcja, są dużo uboższe niż życie.

    Zwłaszcza, jeśli kreuje się takie bohaterki jak chociażby Modrzejewska czy Florence Foster Jenkins.

    Przy opowiadaniu o postaciach historycznych to podstawa wiedzy, a zapoznanie się ze wszelkimi materiałami dostępnymi to obowiązek.

    W listach, można przypuszczać, nadawcy są szczerzy. Ale zastanawiała się Pani, czy autorzy publikowanych dzienników są w nich szczerzy? Czy z góry zakładali, że muszą się w nich odpowiednio sprzedać, bo kiedy się ukaże, to…


    Każdy, kto pisze dziennik pewnie musi mieć taką świadomość. Musi liczyć się z tym, że to kiedyś będzie dostępne i dla innych. No, jeśli pisze w celach "terapeutycznych", dla siebie , to, jak wiemy, często likwiduje papiery w pewnym momencie życia. Pisanie bez świadomości, że ktoś może zapiski przeczytać lub wiara, że uchroni je przed innymi, jest niebezpieczna.

    A z jakich powodów Pani zaczęła pisać swój dziennik wiele lat temu. Była Pani wręcz prekursorką w Polsce modnych dziś blogów.

    O, ja jak wielu pisałam je, od razu publikując. Z pełną świadomością. Po co? Żeby się skontaktować z publicznością w inny sposób i żeby do mnie należała kreacja na mój temat, a nie do innych ludzi. Przypominam sobie, to były pierwsze lata dzikiej prasy brukowej, zaskoczyło nas to i nie wiedzieliśmy, co z tym robić. A jednocześnie dostaliśmy narzędzie niezwykłe, internet, narzędzie, które mnie zafascynowało. Zaczęłam go używać. Teraz wiele rzeczy się zmieniło, wszyscy piszą, często bez wyboru, bez ładu, bez konwencji, ja jestem w innej sytuacji i zawodowej, i życiowej. Jestem innym człowiekiem i to pisanie - takie otwarte, radosne - nie jest mi po drodze. Zresztą to moje pisanie było zawsze zmienioną forma felietonu na aktualne tematy. Ale kontakt z internautami poprzez moją stronę internetową utrzymuję nadal, i bardzo go sobie cenię.

    Kiedy czytało się kiedyś Pani zapiski, miało się wrażenie, że jest Pani w stanie euforii.

    Tak, bo ja lubię pisać, dzielić się z innymi wrażeniami, ale …. Teraz piszę tylko wtedy, kiedy mam coś ważnego do zakomunikowania, najczęściej w sprawach teatru.

    Niedawno odpowiedziała Pani na felieton Sławomira Pietrasa w "Angorze": "Nie Sławku, nie zagram już młodości, nie dlatego, że nie umiem, dlatego, że myśli goryczą podszyte. Aktor, który nie ma jasności w sobie, ufności, czystości, naiwności nie może zagrać wielu wielkich uczuć, już tylko pozostaje mu je udawać. Kolory się zmieszały, jasność przyciemniała". Czy kolory nie mogą nabrać jasności?


    Nie mam ochoty na życie motyla. Sławek napisał felieton, nie uwzględniając mnie i mojej sytuacji. Zarzucił mi, że zajęłam się organizacją, zamiast sztuką. No ale ten zapis jest trochę na inny temat. W felietonie Sławomira Pietrasa było wiele wątków, różnych.

    W "Tataraku", który powinien być moim zdaniem lekturą obowiązkową dla wszystkich młodych ludzi, zrobiła Pani genialną rzecz. Pokazała, że w życiu są bardzo trudne momenty, ale nie wolno się ich bać, nie wolno ich oswajać, trzeba je po swojemu przeżyć.

    Robiąc ten film, miałam nadzieję, że ludziom ta historia będzie potrzebna. Zrobiłam ten film absolutnie świadomie. To temat wspólny dla mnie i Andrzeja Wajdy. Rozmawiając o filmie, przeżywaliśmy równolegle tę historię, tragedię z życia osobistego. Mieliśmy oboje świadomość, że zajmujemy się fikcją, chociaż prawdziwy temat jest obok nas i jest dużo dla nas ważniejszy niż ta fikcja. To Andrzej powiedział: po co mamy robić film o czymś, co nas teraz mniej interesuje, (to znaczy fikcyjnym, dopisanym do opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza scenariuszu części współczesnej filmu)... naprawdę jesteśmy związani tym, o czym rozmawiamy cały czas, i o tym róbmy film. Zgodziłam się. Zrozumiałam, że skoro największy polski reżyser poświęca swoją produkcję, temat i proponuje, aby część swego filmu oddać pamięci mojego męża Edwarda Kłosińskiego, to muszę zrobić wszystko, aby stanąć na wysokości zadania. To była dla mnie wielka przygoda i nagroda.

    1 3 »

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo