Zamachowski: Zaprzyjaźniłem się z ogrem

    Zamachowski: Zaprzyjaźniłem się z ogrem

    Zdjęcie autora materiału

    Głos Wielkopolski

    Ze Zbigniewem Zamachowskim, o podglądaniu mistrzów sceny i o tym, czy "czwarty krzyżyk"dodaje facetowi skrzydeł, rozmawia Jacek Sobczyński
    14 grudnia przyjeżdża Pan po raz pierwszy do Poznania ze spektaklem "Ulica Szarlatanów" na podstawie tekstów Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Jak w trzech słowach mógłby Pan go zarekomendować?
    W trzech słowach? Bardzo dobry spektakl (śmiech).

    Jak bliski jest Panu sam Gałczyński? Jego poezję nazywano hybrydą radości z melancholią. I, co ciekawe, koledzy i koleżanki po fachu bardzo podobnie opisują Pana osobę...
    W pewnym sensie właśnie dlatego jest mi bliski. Tyle że te dwie twarze poety bardzo często zlewają mi się w jedną. Na tym właśnie polega aktorstwo, aby ubrać postać w płaszcz wieloznaczności. Przypomina mi się moja rola w "Zawróconym" Kazimierza Kutza - niby komediowa, ale zagrana na sentymentalną nutę. Gałczyński był prawdziwym szarlatanem słowa, jego poezja była niezwykle zakręcona. Mało kto umiał, nurzając się w abstrakcji, być tak zrozumiałym i tak wzruszać.

    Czy patrzy Pan na "Ulicę szarlatanów" dziś nieco inaczej niż podczas premiery, sześć lat temu?

    Na pewno, ale nie bardzo jestem w stanie powiedzieć, czy coś w nim się zmieniło. Poznański spektakl będzie pierwszym po dwóch latach przerwy. Mam nadzieję, że po paru próbach uda nam się na nowo wbić w ten rytm, który pamiętamy sprzed sześciu lat. Być może nieco starsi i na pewno dużo dojrzalsi wykonawcy będą interpretować go inaczej. W końcu poza teatrem przeżyli te kilka lat więcej, a, jak wiadomo, życie zawsze przenika się ze sztuką.

    Pan też dojrzał?
    Na pewno czuję się starszy o parę kilogramów. Tyle że ja tak naprawdę nie czuję się główną postacią "Ulicy szarlatanów". Młodsi aktorzy śpiewają, a ja siedzę sobie z boku i czytam Gałczyńskiego najprościej i najpiękniej jak tylko umiem. Mam wobec niego dług wdzięczności, bo wiele lat temu to właśnie wiersze jego i Krzysztofa Kamila Baczyńskiego uwrażliwiły mnie na poezję.

    Będąc młodym aktorem zakradał się Pan często na próby, podglądając "w akcji" swoich mistrzów - Jerzego Grzegorzewskiego, Marka Walczewskiego... Czy młodzi aktorzy z "Ulicy szarlatanów" też podpatrywali Pana na próbach?

    Wyglądało to trochę inaczej. "Ulica szarlatanów" to teatr muzyczny, którego gwoździem są piosenki. Być może zerkali, jak zachowam się w tej czy innej scenie, ale na pewno nie tak, jak ja podglądałem Jerzego Grzegorzewskiego. W jego Teatrze Studio wylądowałem tuż po ukończeniu szkoły, w 1985 roku. To był zupełnie inny, wyjątkowy teatr, którego trzeba się było nauczyć od zera. Aktorzy "Ulicy szarlatanów" przychodząc na pierwsze próby, mieli już za sobą doświadczenie sceniczne, obycie - niektórzy grali nawet własne recitale, więc choćby przez to umieli fajnie wykorzystać swoje role. Czy podglądali? Ja i tak siedziałem przez cały czas z boku, podczas gdy oni hulali na scenie. Podłączałem się tylko przy okazji wykonywania jednej piosenki, autorstwa Jana Kantego Pawluśkiewicza.

    W listopadzie pojawił się Pan w Poznaniu ze sztuką "Klub hipochondryków". Przypomnijmy - jej bohaterowie to trzech 40-latków, którzy są hipochondrykami, jakich mało. Jak Pan sądzi, czemu postać 40-latka jest tak często ogrywana w kinie i serialach? Czy "czwarty krzyżyk" zmienia w życiu aż tak dużo?
    Jest to jakiś próg, przez którego przejście niesie za sobą jakieś zmiany, ale jeśli mam być szczery... Pierwsza połowa dnia, w którym skończyłem 40 lat, nie różniła się niczym od reszty zwykłych dni. No, może pogodą - był piękny lipiec. I nagle po południu zacząłem otrzymywać masę życzeń, z których większość była nieświadomie utrzymana w tonie kondolencyjnym. Wieczorem zacząłem myśleć, co takiego wyjątkowego jest w tym wieku. Nie znalazłem nic oprócz faktu, że jestem o jeden dzień starszy. Ale ja generalnie mam awersję do celebracji dat, hucznego obchodzenia sylwestra. Nie widzę nic fajnego w tym, że jesteśmy o rok starsi, bardziej jest mi z tego powodu przykro. Wracając to 40-latków - to wiek, w którym ma się w sobie i cechy młodzieniaszka, i starca. Człowiek dochodzi do wniosku, że coś już nie wróci, a na coś innego musi się przygotować - i niekoniecznie musi być to zabawne. W końcu co jak co, ale starość się Panu Bogu nie bardzo udała...

    Pan natomiast w wieku 40 lat odważnie zerwał z aktorskim emploi, grając opuszczonego portiera inwalidę w filmie "Cześć, Tereska". Czy to przypadek?
    I tak, i nie - o przypadku możemy mówić w kontekście tego, że Robertowi Glińskiemu udało się film w ogóle nakręcić, ponieważ co i rusz spadały na niego jakieś problemy. To bardzo ważna pozycja w mojej filmografii, choćby dlatego, że dotykająca problemów, od których najczęściej odwracamy głowy. Dla mnie udział w "Teresce" był potężnym wyzwaniem, nie tylko dlatego, że odszedłem od ról, do jakich przez lata udało mi się przyzwyczaić widzów, czyli ciepłych, miłych facetów, borykających się z jakimiś problemami. "Mój" bohater był inwalidą, poruszał się na wózku. Żeby wyglądało to w miarę wiarygodnie, musiałem ćwiczyć jazdę na wózku przez co najmniej dwa tygodnie.

    Podobno równie trudny dla aktora jest dubbing?
    O tak, trzeba się tam zdrowo napracować. Kiedyś nie przepadałem za dubbingiem, gdzie kładzie się nacisk przede wszystkim na umiejętności techniczne. Ale trzy części "Shreka" przeleciały jak z bicza strzelił i w końcu zaprzyjaźniłem się z zielonym ogrem. Na tyle, że obecnie nagrywam zwiastun do czwartej części jego przygód. Poza tym "Shrek" niesie za sobą sporą satysfakcję, zwłaszcza kiedy wchodzi się na seans popołudniowy i widzi dorosłych śmiejących się głośniej niż ich pociechy.

    Wiemy już o "Shreku", a czy znów zobaczymy Pana w kinie niszowym?

    Tak, miesiąc temu skończyłem zdjęcia do polsko-niemieckiego filmu "Święta krowa" w reżyserii Radka Węgrzyna, polskiego twórcy, mieszkającego na stałe w Berlinie. Radkowi udało się skompletować naprawdę niezłą obsadę - obok mnie pojawią się m.in. Agata Buzek i Antoni Pawlicki.

    "Święta krowa" to kino niezależne?
    Na pewno niezależne myślowo. A to w filmie naprawdę ważna sprawa.

    Zbigniew Zamachowski - ur. 1961 w Brzezinach, aktor, piosenkarz, pedagog. Wystąpił w ponad 80 filmach. Od 1997 r. aktor Teatru Narodowego w Warszawie. Specjalista od dubbingu (podkładał głos m.in. w "Shreku".) Prywatnie mąż Aleksandry Justy i ojciec czworga dzieci.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo