Koncert: Pośpiewali razem z Take 6

    Koncert: Pośpiewali razem z Take 6

    Andrzej Chylewski

    Głos Wielkopolski

    Głos Wielkopolski

    W wypełnionym po brzegi Centrum Kongresowo-Dydaktycznym w czwartkowy wieczór amerykański sekstet wokalny Take 6 raz jeszcze zachwycił poznańską publiczność.
    Publiczność wśród której z niekłamaną radością i satysfakcją rozpoznałem nie tylko miłośników jazzu, znanych szeroko entuzjastów dobrej wokalistyki, ale i szacowne persony ze świata muzyki poważnej i naszej uczelni muzycznej. Nic dziwnego, bo nagroda jaka ich spotkała - ceny biletów były wszak wysokie - pozostanie z pewnością w pamięci na długie lata.

    Zwłaszcza dla tych, którzy ze sztuką szóstki z Nashville w stanie Tennessee zetknęli się na żywo (kilkadziesiąt egzemplarzy ostatniej płyty "The Standard" rozeszło się w mgnieniu oka) po raz pierwszy.
    Bo dla tych, którzy po raz kolejny oklaskiwali ich w Poznaniu, prawdziwą frajdą było raz jeszcze wysłuchanie kompozycji z właściwie całego dotychczasowego dorobku niemal trzydziestu lat istnienia.

    Mimo upływającego czasu muzycy Take 6 zdają się mieć jeszcze więcej energii, jeszcze lepsze umiejętności i coraz to nowe pomysły splatania rewelacyjnej wokalistyki z pomysłami aranżacyjnymi z wzbogaceniem techniką beatboxu, czyli naśladownictwa głosem instrumentów muzycznych głównie acz nie wyłącznie perkusji (choćby rewelacyjne imitacje trąbek z tłumikami przez braci Joeya i Marka Kibble'ów).

    Już od pierwszego praktycznie utworu muzycy Take 6 porwali publiczność do wspólnego śpiewu, a ponieważ próba ostinatowego wykonywania akompaniamentu sprawdziła się - brawa dla poznańskich chórzystów - założyciel grupy, Claude McKnight, powiedział z podziwem: "No to już debiut z Take 6 macie za sobą!". Te zabawy trwały do ostatniego utworu.

    Nie mogło w koncercie zabraknąć takich "standardów" jak "So much 2 say", najkrótszej, ale ekwilibrystycznej kompozycji w dorobku grupy. Tym razem jednak wzbogacił ją prawdziwy pojedynek beatboxowy dwóch połówek zespołu. Nie mogło zabraknąć przeboju "Mary" z pierwszej płyty, czy gospelu "Down to the Water". Jednak prawdziwe gejzery entuzjazmu publiczności wzbudziła wiązanka naśladownictw słynnych muzyków o ciemnej karnacji z Steviem Wonderem i Michaelem Jacksonem na czele, a to za sprawą fenomenalnego zmiennika Cedrika Denta, młodego barytona Khristiana Dentleya.

    Równie wiele satysfakcji przyniosło rewelacyjne opracowanie Marka Kibble'a przeboju Michaela Legranda "The Windmills of You Mind". Dzięki niemu wokaliści pokazali wszelkie możliwe odmiany ekwilibrystyki harmonii jazzowej na równi z wyczuciem liryki oryginału.

    Na koniec nieco negatywów. Podobnie jak wielu widzów rewelacyjnego spektaklu nie byłem usatysfakcjonowany sprawnością oświetleniową, a zwłaszcza "strzelającymi" co jakiś czas mikrofonami. Takie rzeczy nie powinny się zdarzyć na występie tej klasy muzyków.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo