Moje życie jest pełne muzyki

    Moje życie jest pełne muzyki

    Marek Zaradniak

    Głos Wielkopolski

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    Z Christianem Lindbergiem, nie tylko o muzyce klasycznej, rozmawia Marek Zaradniak
    Prestiżowy Brass Bulletin zaliczył Pana - obok Louisa Armstronga, Milesa Davisa i Dizzy’ego Gillespiego - do pięciu najważniejszych muzyków grających na instrumentach dętych w XX wieku. Wymienieni muzycy to jazzmani, a Panu bliższa jest klasyka. Lubi Pan jazz skoro znalazł się Pan w takim towarzystwie?

    Kocham jazz. Zaczynałem jako jazzman, ale później mój nauczyciel odkrył przede mną piękno muzyki klasycznej i połknąłem jej bakcyla.

    A czy dzisiaj gra Pan jazz?

    Od czasu do czasu wracam, ale nie nazwałbym tego graniem profesjonalnym.

    A spośród puzonistów kogo najlepszy wirtuoz tego instrumentu w XX wieku ceni najbardziej?

    Jacka Trigone.

    Dlaczego w pewnym momencie swojego życia sięgnął Pan po batutę?

    Nie chciałem tego, ale pewnego razu w 1997 roku z orkiestrą Northern Sinfonia pojechałem do Wielkiej Brytanii. Po próbie powiedziano mi: Ty powinieneś zadyrygować. Podziękowałem im za komplement i powiedziałem, że nie chcę tego robić. Wówczas zaczęli rozmawiać z moim menedżerem. Przekonywali również i mnie. Mówiłem nie, ale za piątym razem im się udało. Zgodziłem się. Powiedziałem OK. Spróbuję. Po raz pierwszy zadyrygowałem w październiku roku 2000.

    Ale nieco wcześniej zaczął Pan też komponować.

    Namówił mnie do tego mój przyjaciel, znakomity kompozytor Jan Sandstrom. Mój pierwszy utwór "Arabenne" wykonała znana w Europie szwedzka orkiestra kameralna Musica Vitae, której koncertmistrzem była wtedy pochodząca z Poznania skrzypaczka Wieśka Szymczyńska.

    Nie tylko gra Pan na puzonie, dyryguje i komponuje, ale również prowadzi Pan sam koncerty, jak Leonard Bernstein.

    Jestem bardzo zainteresowany kontaktem z publicznością, ponieważ muzyka kryje w sobie tyle tajemnic, a ja chciałbym pomóc w jej zrozumieniu.

    Puzonista, dyrygent, kompozytor, prezenter muzyczny. Jak Pan dzieli czas?

    Aktualnie priorytetem dla mnie jest bycie kompozytorem. Na drugim miejscu dyrygowanie, potem granie na puzonie i zapowiadanie własnych koncertów.

    Jakiej muzyki słucha Christian Lindberg?

    Słucham The Beatles i symfonii Sibeliusa oraz jazzu Johna Coltrane’a.

    Jest Pan Szwedem. Nasze pokolenie wychowało się na muzyce zespołu ABBA. Co Pan o nim sądzi?

    Od czasu do czasu słucham zespołu ABBA, ale nigdy nie byłem jego wielkim fanem. Owszem, mają dobre brzmienie, ale to nie dla mnie. Ja wolę The Beatles. A czasami po prostu wolę ciszę.

    Czy oprócz puzonu były lub są inne instrumenty w Pana życiu?


    Przez rok grałem na wiolonczeli, a także śpiewałem w chórze.

    Wspomnieliśmy już Wieśkę Szymczyńską. Wiem, że miał Pan też kontakty z innymi polskimi muzykami. Od kilku dni pracuje Pan w Auli UAM z Orkiestrą Filharmonii Poznańskiej. Jutro dacie koncert. Jest Pan zadowolony z pracy z zespołem?

    Tak. Bardzo. Polscy muzycy, których w życiu spotykam, zawsze prezentują wysoki poziom. Również i ta orkiestra, z którą aktualnie pracuję.

    Dlaczego w programie jutrzejszego koncertu nie ma żadnej Pańskiej kompozycji?

    Sam nie wiem. Uzgadnialiśmy ten program trzy lata temu. Zdecydowaliśmy, że będzie raczej klasyczny, ale opracowanie Concertina na puzon i orkiestrę Ferdinanda Davida jest moje.

    Na Pana przyjazd do Poznania melomani czekali trzy lata. Jak wyglądają Pańskie plany?

    Co tydzień będę dyrygował inną orkiestrą. Uwielbiam to. Oprócz tego będę oczywiście komponował, no i ćwiczył na moim puzonie. Moje życie jest pełne muzyki. Kalendarz mam wypełniony do roku 2014.

    To między innymi dlatego, że sam Pan kieruje trzema orkiestrami?

    Tak, to prawda. Jest Swedish Wind Ensemble i Nordic Chamber Orchestra. Moim najmłodszym dzieckiem jest Norwegian Arctic Philharmonic Orchestra. To 70-osobowy zespół zorganizowany z inicjatywy rządu Norwegii. Działamy za Kołem Podbiegunowym. Pierwszy koncert daliśmy 1 sierpnia, a ponieważ odnieśliśmy sukces, minister kultury Norwegii przeznaczył dla nas 51 milionów koron norweskich (25 mln złotych) na rok. To znacząca kwota. Ale resztę potrzebnych pieniędzy będziemy musieli poszukać sami.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo