Sztuka jest błyskotliwie napisana, świetnie skonstruowana, aktorzy nie pomylili drzwi..., tylko mnie to nie śmieszy. Powie ktoś: to po co poszedłeś na przedstawienie? Po pierwsze - z recenzenckiego obowiązku. Po drugie - bo gra w nim aktor, którego pamiętam z Teatru Nowego w Poznaniu i chciałem się dowiedzieć, jak mu się wiedzie na aktorskiej niwie w Warszawie. Po trzecie - lubię się w teatrze pośmiać.
Po obejrzeniu "Boeing, Boeing" powziąłem mocne postanowienie: koniec z recenzowaniem gościnnych przedstawień komercyjnych. W końcu publiczność kupiła bilety, bawiła się świetnie, na żywo mogła obejrzeć serialowe gwiazdy... Po co jej wypociny lokalnego recenzenta.
Szymon Bobrowski ma się całkiem nieźle, tylko że gorzej gra niż wtedy, kiedy występował w naszym Teatrze Nowym. Jako Maks (ma romans równolegle z trzema stewardesami) biega po scenie i krzyczy, ale dzięki temu chyba jako jedyny jest słyszalny na drugim balkonie Teatru Wielkiego w Poznaniu.
Siedziałem w siódmym rzędzie i częściej słyszałem sąsiadów, jak jeden pyta drugiego: "co oni mówią?", niż dialogi ze sceny. Może bym się i pośmiał, gdyby nie to właśnie. Aktorzy warszawscy nie są przyzwyczajeni do tak dużej widowni, mają kłopoty z naturalnym głośnym mówieniem (vide krzyczący Bobrowski).
Jedyny, który sobie z tym radził, był Cezary Kosiński. I tylko on w roli pokojówki (?), służącej (?) Nadii, naprawdę mnie bawił. Kosiński niezależnie, czy gra w serialu, czy w spektaklach Warlikowskiego, czy w komercyjnej farsie, odnajduje się. Znajduje w swojej "walizeczce ze środkami aktorskiego wyrazu" odpowiednie chwyty. Poza tym, ma wyczucie stylu i stosowności. To dziś wielka rzadkość wśród aktorów.