Jarocin: Festiwal trzech pokoleń

    Jarocin: Festiwal trzech pokoleń

    Jacek Sobczyński

    Głos Wielkopolski

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    30-lecie istnienia Tiltu oraz jedyny festiwalowy koncert reaktywowanego po latach Kazika Na Żywo - tym żyli jarocińscy widzowie przez całą niedzielę. Te dwie nazwy najczęściej pojawiały się w rozmowach mijanych ludzi na rynku, w drodze na teren festiwalowy czy wreszcie pod samą sceną.
    Nawet podczas występów niedzielnych gwiazd Marii Peszek i szwedzkiego The (International) Noise Conspiracy wśród widzów dało się wyczuć nastawienie na zasadzie: "gracie dobrze, ale moglibyście już zejść ze sceny". Zarówno Peszek, jak i Skandynawowie pokazali się jednak z dobrej strony.

    Punktualnie o 21 na scenie zainstalował się Tilt, który wraz z zaproszonymi gośćmi (m.in. Olaf Deriglasoff, Paweł "Guma" Gumola i muzycy formacji Izrael)zabrał widzów w nostalgiczną podróż do własnej przeszłości. Usłyszeliśmy nie tylko przeboje Tomka Lipińskiego solo i jego zespołu ("Mówię ci, że", "Miasto wciąga"), ale także sztandarowe utwory gości, jak choćby "See I I" Izraela. Nie było podczas tegorocznego Jarocina koncertu, który zgromadziłby pod sceną więcej osób - 30-lecie Tiltu świętowały przynajmniej trzy pokolenia.

    Niewiele mniejszą widownię zgromadził Kazik Na Żywo. Będący w dobrej formie Staszewski oraz towarzyszący mu muzycy (m.in. Litza) zagrali wszystkie najbardziej znane utwory z "Tatą dilera" i "Artystami" na czele. Niemiłym zgrzytem było zachowanie najbardziej zagorzałych fanów Kazika, wyładowujących swój smutek po zakończeniu jego koncertu na konferansjerze, w którego stronę poleciał stek wyzwisk i grad drobnych przedmiotów.

    Kończący festiwal występ amerykańskiej formacji eksperymentalnej Animal Collective był - patrząc z jednodniowej perspektywy - zdecydowanie najciekawszym momentem tegorocznego Jarocin Festiwalu. Awangardowa elektronika, połączona z psychodelią i… karaibskimi brzmieniami przyciągnęła pod scenę kilkaset osób, jednak żadna z nich nie znalazła się tam przypadkowo. Efekt? To właśnie Animal Collective był najgłośniej (i najdłużej) oklaskiwanym zespołem podczas trzech dni festiwalu. Spora część tych braw należała się organizatorom za rozbicie jarocińskiej konwencji koncertem tak oryginalnej kapeli.

    Marcin Kostaszuk
    szef działu Kultura

    O tym, jaki Jarocin powinien być, pisaliśmy nieraz. Zastanawialiśmy się na łamach: może ten festiwal powinien być stricte punkowy - idąc śladem najbardziej widocznej w nim tradycji? A może spróbować w klimacie peerelowskiego skansenu, który tak udanie sprawdził się na okoliczność reaktywacji festiwalu przed czterema laty?

    Oba te pomysły są dziś nieaktualne. Punkowcy w wersji sprzed lat dziś po prostu nie istnieją. Niedobitki dawnych załogantów w strojach i fryzurach bojowych walały się w rowach wokół festiwalowego placu - na bilet kasy im już nie starczyło. Ci, którym starczyło, wyglądają dziś inaczej - założyli rodziny, zachowując w codziennym życiu punkowe ideały niezależności i brania spraw w swoje ręce. Dziś są otwarci na każdą muzykę, która ma niegłupi przekaz i nie jest pisana pod dyktando speców od marketingu.

    Pomysł uczynienia z Jarocina muzeum PRL-owskiego absurdu też już się nie uda - wałęsając się po tym zadbanym, eksponującym swój rozwój rockowym miasteczku, trudno było mi znaleźć kontekst dla parówek na kartki, partyjnych mityngów i kolejek po papier toaletowy. Czas musiałby się zatrzymać 20 lat temu. Na szczęście (dla jarocinian) się nie zatrzymał.

    Co więc zostaje organizatorom festiwalu z kultową przeszłością i ograniczoną finansowo teraźniejszością? Tegoroczne, w większości kiepskie, doświadczenia z zagranicznymi gwiazdami sugerowałyby pójście w stronę festiwalu tylko i wyłącznie polskiej muzyki, ale to mogłoby się skończyć gettem niestrawnym dla młodego, nieznającego przecież już granic Polaka. Wychodzi więc na to, że trzeba iść założoną drogą, przełykać porażki (w rodzaju opisywanego przez nas Bad Brains), hołubić stare, ciągle jare polskie gwiazdy i co roku budować solidne zaplecze dla 10 tysięcy widzów.

    Osobiście dodałbym do tego tylko jedną, małą ideę. Może trzeba uczynić twarzą Jarocina osobę powszechnie znaną w rockowej Polsce i nadać jej status ambasadora festiwalu? Ławka takich postaci jest krótka: Kazik, długo, długo nic, może jeszcze Grabaż, albo Budzyński... Przy całym szacunku dla Michała Wiraszki, który kolejny raz sprawdził się w roli szefa imprezy, wśród młodych gniewnych polskiego rocka takiej twarzy jeszcze nie widać.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo