Poza tym Maciej Frankiewicz miał zawsze radosne podejście do życia. Nawet gdy mówił o kontrowersyjnych kwestiach nie tracił rezonu i starał się eksponować w nich to, co pozytywne. Kochał sport i ludzi sportu. Tak bardzo, że jak zadzwoniłem do niego po ostatnim meczu Lecha z Legią, to stwierdził, że jest zagranicą i nie mógł go obejrzeć, ale zna wynik i chętnie może skomentować przebieg wydarzeń...
Lubię takie poczucie humoru i żałuję, że nigdy więcej nie będę mógł już Frankiewicza o nic prosić, tym bardziej że on nigdy nie odmawiał. Tak samo postąpił, kiedy organizatorzy meczu futbolu amerykańskiego poprosili go objęcie nad nim patronatu. Pewnie jesienią by się pojawił na kolejnym wydaniu męskiej gry, ale los chciał inaczej.
Życie nie znosi próżni i pewnie następcę Frankiewicza poznamy szybciej niż wszyscy myślą. Pozostaje jednak pytanie, czy będzie on w stanie mu dorównać, jeśli chodzi o wiedzę i zaangażowanie w rozwój sportu.
O futbolu wspomniałem nieprzypadkowo, bo przedstawiciele Kozłów Poznań, jednej z trzech drużyn w tej dyscyplinie wywodzących się ze stolicy Wielkopolski, w minioną niedzielę zaprosili kibiców na mecz I ligi i na koncert rapera Pei. Wcześniej jednak zaprosili dziennikarzy na konferencję "Gra o futbol". O przyszłości wiodącego biznesu za oceanem dyskutowano długo i zawzięcie w klubie Someplace Else w hotelu Sheraton (to takie idealne miejsce na oglądanie spotkań, ale poznaniacy wciąż nie wierzą, że są tam przystępne ceny). Tak długo, że założenia czasowe szlag trafił, ale wtajemniczeni tłumaczyli, że skoro pojedynki futbolu amerykańskiego trwają trzy godziny, to i konferencja musi być obfita w treści.
Najbardziej spektakularne wystąpienie miał amerykański trener Kozłów, Kent McKinnon. O historii i niuansach futbolu mówił obrazowo i z pasją. Aby konfrontować swoje wyobrażenia z jego poglądami w maju wybrałem się na starcie Kozłów z Lowlanders Białystok. Powiem szczerze, że wynudziłem się niemiłosiernie, w dodatku na Promienistej jest takie boisko, że nie ma się, gdzie schować przed słońcem i siedzi się na skarpie, co jest normalne dla okolic rzeki, ale nie dla obiektu sportowego.
Wrócę jednak do McKinnona, który mówił, że futbol nie jest sportem barbarzyńskim, jak to niektórzy sugerują. Może i to prawda, ale często zdarzają się w nim poważne kontuzje. Akurat widzów to nie musi drażnić, no przynajmniej tych mniej wrażliwych. Gorzej wygląda sprawa z największym atutem futbolu, czyli ze strategią. Według McKinnona objawia się ona już przed rozpoczęciem meczu, kiedy sędzia rzuca monetą. To, co jest wielką pasją dla trenerów, nie musi być zrozumiałe dla laików. Stąd dla mnie futbol bardziej kojarzy się z przerywaniem gry i miejscami wyznaczanymi przez ludzi z łańcuchami niż genialnymi koncepcjami. Ponadto siłą pozostałych gier zespołowych, mimo ekspansji myśli taktycznej, pozostaje improwizacja i niekonwencjonalność.
Nie wiem jak się potoczą losy futbolu amerykańskiego w Polsce, ale coś mi się wydaje, że już niedługo osiągnie on swoje apogeum, tak jak w przeszłości osiągnął baseball, bilard czy bowling. Będzie bardziej popularny, ale nigdy nie stanie się dla nas dyscypliną poważną, zamiast ciekawostkową. Zawsze też będzie w cieniu innego futbolu, który może ma prostackie przepisy, ale jakoś nikomu specjalnie to nie przeszkadza.