Japonia, czyli kraj kwitnącego kryzysu

    Japonia, czyli kraj kwitnącego kryzysu

    Tomasz Dominiak Nagoya

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Rynek Tsukiji w Tokio jest dla japońskich restauracji serwujących owoce morza tym samym, czym Bronisze koło Grójca dla handlujących owocami czy warzywami. Tutaj kryzys gospodarczy dosłownie czuje się w powietrzu i bynajmniej nie jest to przyjemny zapach.
    Na marmurowych płytach zalegają setki gnijących ryb, których nikt nie kupił. To znak czasu, bo Tsukiji do tej pory funkcjonowało zupełnie inaczej. Podaż idealnie dopasowywała się do popytu, dzięki czemu handlarze codziennie pozbywali się wszystkich wystawionych na sprzedaż świeżych ryb.

    W liczącej 9 mln mieszkańców Nagoi, trzeciej co do wielkości aglomeracji w Japonii po Tokio i Osace oraz największym porcie, kryzys widać na wystawach sklepowych. Wyprzedaże obejmują już nie tylko sklepy z elektroniką, która nie znalazła chętnych za granicą.

    Zniżki do 50 proc. oferują nawet knajpy i bary szybkiej obsługi, bo konsumenci wydają mniej na jedzenie. Stopa bezrobocia sięgnęła już 5 proc., co jest najgorszym wynikiem od sześciu lat. Bez zajęcia jest aż 3,46 mln ludzi, o jedną czwartą więcej niż jeszcze rok temu.

    - Praktycznie każdy ma kogoś w rodzinie czy wśród znajomych, kto stracił pracę - mówi Hisako Ibuka (imię i nazwisko zmienione), pracownica jednego z dużych koncernów japońskich produkujących na eksport. W jej firmie, oprócz trwających właśnie zwolnień, pracownicy mają zakaz wyjeżdżania na delegacje.

    - Organizujemy telekonferencje między oddziałami w największych miastach, a na podróże służbowe wysyła się jedynie najwyższych rangą pracowników - opowiada Ibuka. Recesja ma jednak i dobre strony. - Korki w Tokio są zdecydowanie mniejsze, bo mniej osób dojeżdża do pracy - podkreśla Ibuka.

    Najbogatsze dzielnice Tokio zostały szczególnie mocno dotknięte przez kryzys. Zmalał nie tylko ruch na ulicach, ale i w lokalach handlowych. W najdroższej dzielnicy Ginza butiki z ekskluzywnymi markami wyprzedają towar nawet nie za półdarmo, ale wręcz za darmo. To nie żart. W ubiegłym tygodniu francuski jubiler Mauboussin rozdał pierwszym 5 tys. klientów maleńkie diamenty o wartości ok. 50 dolarów każdy.

    W Nagoi takich promocji co prawda nie ma, ale mieszkańcy zastanawiają się, na co wydać przyznane im przez państwo, podobnie jak w całym kraju, wsparcie finansowe w wysokości 12 tys. jenów (ok. 400 zł) jednorazowej zapomogi. Tutaj można za to wybrać się do restauracji i zjeść kolację dla dwóch osób, podczas gdy w Tokio taka kwota ledwie starczyłaby na skromy poczęstunek dla jednej osoby.

    Pojawił się też promyk nadziei. W kwietniu produkcja przemysłowa wzrosła o 5,2 proc. w stosunku do marca, co jest największym skokiem od 56 lat. Hidetoshi Kamezaki, członek zarządu Japońskiego Banku Centralnego, stwierdził nawet, że najgorsze w gospodarce Japonia ma już za sobą.

    Sęk w tym, że wzrostowi produkcji nie towarzyszy jednak ożywienie na rynku pracy. To może świadczyć o tym, że fabryki uzupełniają jedynie stany magazynowe, które zostały mocno przetrzebione przez ostatnich sześć miesięcy, gdy wszyscy na potęgę zwalniali pracowników w fabrykach.
    1 »

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie karczmy babińskie

    LOLek (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 8 / 4

    Bronisze koło Grujca, to prawie jak amerykańskie 'Europa leży we Francji'. Prawie, bo jednak dalej. Może ta japońska giełda w Singapurze działa. No jak?

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo