Wielkopolanie muszą uwierzyć w swoją siłę

    Wielkopolanie muszą uwierzyć w swoją siłę

    Zdjęcie autora materiału

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    Z prof. Waldemarem Łazugą rozmawia Sławomir Kmiecik
    Czy nie ma Pan poczucia, że takie określenia jak "poznański porządek" czy "wielkopolski etos pracy" to dziś puste pojęcia, mity z przeszłości?
    Jeśli nawet są to tylko mity, to doceniam ich wagę, bo one przecież składają się na kulturę. Nie należy martwić się tym, że jesteśmy w kręgu mitów, które pozytywnie definiują Wielkopolskę i przynajmniej niektórych skłaniają do działania.

    Dlaczego jednak Wielkopolanie zatracili przymioty społeczników i organiczników, z których słynęli już w XIX wieku?
    Przyczyną jest postępująca uniformizacja albo - jak kto woli - globalizacja. Upodabniamy się we wszystkim do wszystkich.
    To samo dzieje się z Niemcami, którzy stawiają sobie pytanie, czy nadal są narodem obdarzonym cechami, z których kiedyś słynęli. I odpowiadają sobie tak samo jak Wielkopolanie: że w coraz mniejszym stopniu. Prawie każdy naród uważa, że jest inny niż był dawniej. To jednak prawda połowiczna, bo jednak pozostaje stały rdzeń tożsamości narodowej lub regionalnej.

    Czy zatem Wielkopolanie ciągle wyróżniają się na tle polskiego społeczeństwa?
    Bardzo się różnimy. Mówię to z pełnym przekonaniem, gdyż prowadzę w tej kwestii badania. Poznań jest miastem, a Wielkopolska regionem, gdzie nie wyłania się bohaterów, nawet jeśli sprzyjają temu przełomowe wydarzenia, takie jak Powstanie Wielkopolskie, Poznański Czerwiec'56, Sierpień'80 czy stan wojenny. W Wielkopolsce bohater jest zawsze zbiorowy, anonimowy. To nie przypadek, że w naszym regionie najczęściej występującym patronem ulicy są powstańcy wielkopolscy, natomiast pierwszy głównodowodzący powstania, Stanisław Taczak, jest pod tym względem niżej nawet od Edwarda Dembowskiego, przywódcy powstania krakowskiego z XIX wieku. Ta anonimowość została wywołana poczuciem solidaryzmu społecznego, przekonaniem, że siłą jest wspólnota. Wielkopolanie do dziś nie mają skłonności do wyłaniania liderów, nie przypisują im cech charyzmatycznych i nie tworzą legend. A bez tych ostatnich nie ma bohaterów zbiorowej wyobraźni.

    Skutek jest taki, że Wielkopolanie są dziś prawie nieobecni na szczytach władzy, w kręgach politycznej elity.
    Poza Stefanem Stuligroszem mało który Wielkopolanin jest w Polsce znany. Ludzie nie kojarzą z Poznaniem takich postaci, jak Agnieszka Duczmal czy Ewa Wycichowska. To jednak nasza wina. Kto w Wielkopolsce wie, że Agnieszka Duczmal otrzymała chlubny tytuł Kobiety Roku? To zrobiło tak wielkie wrażenie w Warszawie, że Agnieszka Osiecka napisała pean na cześć naszej laureatki, tymczasem Poznań nie jest czuły na takie przejawy uznania. Poznań naprawdę dostrzegł klasę Krystyny Feldman dopiero wówczas, gdy zagrała Nikifora i gdy stolica uznała, że ten film jest znakomity. To klasyczny przykład tego, jak nie chcemy lub nie umiemy kreować legend.

    Wielkopolska nie wykorzystuje swych atutów - to często formułowany pogląd.
    Pod względem wykształcenia, umiejętności zawodowych, sumienności czy obowiązkowości Wielkopolanie prezentują dobry, europejski poziom. Kłopot w tym, że Wielkopolska wciąż nie rozumie, iż światem rządzi opinia i w związku z tym trzeba kreować wizje, aury, klimaty. Jeśli ludzie uwierzą, że jakieś miejsce jest magiczne - to tam przyjdą. Najpierw jednak należy im to powiedzieć, bo inaczej żadnej magii nie zobaczą. Pamiętajmy, że dobry jest ten, kto za dobrego uchodzi.

    Skłonność do chwalenia się jest jednak niezgodna z etosem pracy organicznej.
    To prawda. Praca organiczna zakładała konkret, zwięzłość, ład organizacyjny. Rzecz w tym, że skuteczna promocja polega na przesadzie, gadulstwie, fantazji, nawet szarży. Poznaniacy musieliby uznać, że promocja nie jest wygłupem i stratą pieniędzy, lecz istotnym elementem świata, w którym żyjemy. I że tworzenie legend jest dziś zajęciem dla profesjonalistów. Legend - dodajmy - nie będących zmyśleniem, lecz intrygującą historią związaną lub kojarzącą się z jakąś osobą czy instytucją.

    Mamy legendę z XIX wieku w postaci Bazaru Poznańskiego, który był fenomenem społecznym, gospodarczym, patriotycznym.
    Wróćmy zatem na chwilę do tamtego czasu: jest pierwsza połowa XIX wieku, powstaje Bazar - bastion polskości, pierwsza instytucja obywatelska, w której działa hrabia, ale obok niego filolog, a także lekarz, syn karczmarza, Karol Marcinkowski. W tamtym czasie pojęcie obywatelstwa dla wielu jest jeszcze ekscentryczne, a w Galicji chłopi-analfabeci mordują szlachtę. Tymczasem w Poznaniu trumnę Marcinkowskiego niosą zgodnie przedstawiciele trzech stanów: włościan, mieszczan i szlachty. To właśnie wtedy w Wielkopolsce narodziła się międzystanowa solidarność Polaków, powstało społeczeństwo obywatelskie. Dziś mógłby to być kapitalny motyw promocyjny Poznania, ale - niestety - jest zupełnie niedoceniony.

    Jest Pan prezesem powołanej niedawno Fundacji Obywatelskiej "Bazar". Już sama jej nazwa wskazuje, że chcecie bezpośrednio nawiązywać do chlubnej tradycji. Ale w jaki sposób?
    Wychodzimy z założenia, że od nas samych wiele zależy. Nie chcemy czekać, aż wykażą się władze państwowe czy samorządowe. Skupiamy grono ludzi aktywnie uczestniczących w życiu Poznania i regionu. Mamy kontakty, znamy sposoby oddziaływania społecznego, tworzymy zorganizowaną opinię publiczną. Stale i wszystkim pragniemy przypominać, że nad Wartą najwcześniej w Polsce powstało społeczeństwo obywatelskie. Nasza fundacja jest zarazem towarzystwem lobbystycznym, które zamierza artykułować najcelniejsze postulaty i wspierać cenne inicjatywy w sferze oświaty, nauki, zdrowia, kultury, gospodarki czy mediów.

    Zapewnia Pan: "Innego celu poza obywatelskim nie mamy". Odczytuję to jako wyraźne zastrzeżenie, że nie chcecie mieć związków z polityką.
    Sprawy polityczne odkładamy na bok, zastanawiamy się wyłącznie nad tym, co dobrego można zrobić dla Poznania i regionu. Skoro zgadzamy się, że opinia rządzi światem, to naszym celem jest tworzenie tej opinii. Chcemy mówić głośno o tym, że mamy w Poznaniu znakomitych ludzi czy świetne rzeczy. Bo naprawdę jest u nas wiele osób i instytucji godnych najwyższego uznania, ale rzecz w tym, aby poznaniacy i Wielkopolanie sami w to uwierzyli.

    Fundacja zamierza promować ideę obywatelstwa. Twórcy Bazaru Poznańskiego rozumieli ją jako obronę wartości narodowych i rozwijanie polskich inicjatyw. A co dziś w Polsce i Wielkopolsce znaczy być obywatelem?
    To samo, co w XIX wieku - za wyjątkiem walki z zaborcą. Być obywatelem to znaczy uczestniczyć w życiu kraju, regionu, miasta. Obywatel jest aktywny, zabiera głos, wyraża opinię, wpływa na rzeczywistość, a nie tylko narzeka, że "oni" źle rządzą. Nie ma demokracji bez uczestnictwa. Ta zasada przyświeca naszej fundacji.

    Profesor Waldemar Łazuga jest historykiem, pracuje na UAM w Poznaniu, specjalizuje się w badaniu historii powszechnej XIX-XX wieku. Jest autorem kilkunastu książek i podręczników szkolnych. Angażuje się w wiele regionalnych przedsięwzięć społecznych. Pełni między innymi funkcję prezesa Fundacji Obywatelskiej "Bazar".

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Magazyn

    Wideo